piątek, 20 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

- Jestem już stary. - Mówił staruszek do chłopca. - Za mojego panowania odeszło wiele wielkich osób. Nelson Mandela, Paul Walker, Cory Monteith... Ale życie dostało wiele postaci, których czas dopiero nadejdzie, takich jak Royal Baby. Zdarzyło się wiele tragedii, na które nie miałem wpływu, np. Maraton w Bostonie. Mam nadzieję, że za mojego panowania nie brakowało też szczęśliwych chwil.
Zamilkł na chwilę.
- Myślę, że mimo wszystko to był dobry rok. - Powiedział w końcu. - Wielu ludzi przeżyło wspaniałe momenty swojego życia. A święta... - Zamyślił się. - Święta są piękne co roku. Ale w moim były magiczne. Pełne miłości, radości, zaufania i ciepła. Każdy powinien zadbać by takie były.
Znowu zamilkł, zatopił się we własnych myślach gładząc długą, siwą brodę. Potem, jakby nagle, przypomniał o chłopcu.
- Czeka cię ciężkie zadanie. - Powiedział kiwając pouczająco palcem wskazującym. - Musisz pamiętać, że każdy potrzebuje radości i smutku, ciepła i zimna, świąt i pracy. Pamiętaj o tym a będziesz wspaniałym Nowym Rokiem.
- Dobrze, Stary Roku. - Odpowiedział chłopiec i w tym momencie za oknem rozległo się odliczanie zebranego tłumu.
Staruszek uśmiechnął się, a gdy tłum doliczył do zera i w niebo wystrzeliły kolorowe ognie, zamknął oczy i zasnął.
Dziecko wstało i podeszło do okna.
- Będzie dobrze. - Powiedziało.

***

Tą krótką historyją chciałam życzyć wam wesołych, pogodnych i ciepłych świąt Bożego Narodzenia, szczęśliwego i szalonego Nowego Roku i spełnienia marzeń i planów w roku 2014. :*

Nowego rozdziału nie będzie już w tym roku ponieważ wyjeżdżam :c
Ale głowa do góry i tak pewnie będziecie mieć dużo roboty :D

Jeszcze raz wszystkiego co najlepsze :*

Paulina

czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział siedemnasty.

Cyryl szedł przez las prowadząc Robie za rękę. Dziewczyna była nieobecna myślami, ale przynajmniej oczy już miała suche.
Chłopak niedawno trzymał ją pocieszająco w ramionach, gdy płakała po stracie Gruna.
"Niech to szlag." Myślał. "Lubiłem go." Ciężko mu to przechodziło nawet przez myśli. Sam ledwo powstrzymywał łzy. "Opanuj się, chłopie." Ganiał się w myslach. "Jesteś twardy i bezduszny. Nie okazujesz słabości."
Odrzucił te, zbędne, myśli i skupił się na zadaniu. Musiał trafić nad rzekę. Był pewny, że to tam będzie zbiórka. Miał tylko nadzieję, że zdąży zanim tamci odejdą.
Nagle poczuł jak coś ciągnie go w dół. Odwrócił się i zobaczył, że to Robie upadła.
- Hej, - Powiedział kucając obok niej. - już niedaleko. Zaraz dojdziemy do...
- Do czego? - Przerwała mu agresywnie. - Do ciągłej wojny, nienawiści i mordu! Mam tego dość! On na to nie zasługiwał... - Głos się jej załamał i znowu zaczęła płakać.
Cyryl stłumił głębokie westchnienie.
"To będzie długa podróż." Pomyślał.
- Tu jesteście! - Usłyszał głos w oddali. Rozejrzał się i zobaczył Liz i Charlie idące w ich kierunku. - Tak myślałyśmy, że to głos Robie.
- To super. - Stwierdził Cyryl. - Też idziecie nad rzekę?
Liz kiwnęła głową i zapytała:
- Co z tobą Maggie?
*
- Jak myślisz co zrobimy jak znajdziemy resztę? - Zapytała Lore.
- Podejrzewam, że pojedziemy do Polski. - Odparł zamyślony. - Tu nie mamy już co robić.
- Polacy są na prawdę tacy ważni?
- Wydaje mi się, że tak. - Ciągnął. - Są najliczniejsi i mają idealną idległość od głównej siedziby Zamaskowanych. A do tego mają historyczne doświadczenie.
- Skąd ty tyle wiesz? - Zapytała zaintrygowana.
- Siedzę w tym dłużej niż ty. - Odparł poważnie.
Wtedy usłyszeli szum rzeki. Lore uśmiechnęła się do siebie.
- Teraz pytanie czy idziemy w dół czy w górę rzeki. - Zamyślił się Jasper.
- W górę. - Zdecydowała Lore i ruszyła pewnie przed siebie.
- Czemu akurat w górę? - Zapytał zdziwiony.
- Bo tak mi mówi intuicja. - Zaśmiała się.
Chłopak stał przez chwilę w miejscu, zaskoczony nagłą pewnością dziewczyny. Potem uśmiechnął się pod nosem i za nią ruszył.
*
- Ktoś idzie. - Powiedział Jay.
Zaniepokojony Michael sięgnął po broń i już zamierzał wycelować gdzy zobaczył swoją siostrę.
- Lorreine! - Westchnął z ulgą. - Tak się bałem... - Uścisnął ją mocno.
- Co za miła odmiana. - Wydusiła z jęki bólu.
- Hej - Wtrącił Jasper odciągając Mika od Lore. - ona ma złamane żebro.
- Nie wiedziałem, przepraszam. - Zreflektował się od razu.
Dziewczyna uśmiechnęła się słabo masując delikatnie bok.
- Gdzie reszta? - Zapytała.
- Tutaj! - Rozległ się głos Liz. Podeszła do nich trzymając Robie za rękę. Maggie miała czerwone oczy, zapuchniete od płaczu.
Lore poczuła jak coś ściska ją w piersi i nie było to uszkodzone żebro.
Zaraz za nimi pojawiła się Charlie i Cyryl.
- To wszyscy? - Zapytał Jay.
Cyryl pokiwał ponuro głową.
- Izzy i Grun nie mieli tyle szczęścia. - Powiedział martwym głosem.
- Biedny pan Kobyla.. - Westchnęła Charlie.
Zapadła ponura cisza. Każdy zatopił się we własnych myślach.
Jasper zauważył, że po policzku Lore spływa łza.
Chwycił ją za rękę w geście pocieszenia. Spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Dobra. - Powiedział Michael, który widział tę scenę i trochę go to obudziło. - Wszystko co mamy kładziemy tutaj - pokazał miejsce na ziemi. - Odświeżamy się i opracowujemy plan.
*
Tak jak zarządził, tak się stało. Wszyscy bez protestów przyjeli jego przewodnictwo.
Michael był do tego przyzwyczajony. Zazwyczaj traktowano go z szacunkiem bo samo jego nazwisko mówiło o tym, że jest ważny w tym konflikcie.
Spojrzał na siostrę, która właśnie myła twarz w rzece u boki Liz.
To dla niej to wszystko robił. Dla niej wstąpił do wojska, robił wszystko co w jego mocy by jej nie zawieśc. Była jego jedyną rodziną od śmierci matki. Ojciec stał się wtedy innym człowiekiem i Mike poczuł troskę o Lore. To właśnie wtedy uświadomił sobie jak to jest być ojcem dziecka.
Przeniósł wzrok na Jaspera. Widział co było między nim a Lore i poczuł żal, że nie jest już taką ważną częścią jej życia. Ale zdawał sobie sprawę, że trzy lata bycia dla niej trupem muszą mieć konsekwencje.
Po jakimś czasie siedzieli na ziemi wokół zebranych przedmiotów.
Trzy pistolety, dwa magazynki, cztery sztylety, maść na skutki ognia Zamaskowanych i scyzoryk.
- Nie za dobrze. - Mruknął łysy Wyklęty.
- Byliśmy już w gorszym położeniu. - Odparł Michael. - Trzeba to jakoś podzielić. Poszukać trzeciego punktu i się stąd wynosić.
- Co to trzeci punkt? - Zapytała Liz.
- W lesie są poukrywane samochody przygotowane na nagłą ucieczkę. - Odpowiedział Mike. - Punkt trzeci jest najbliżej.
- A co potem? - Zapytał Jasper.
Jay i Michael spojrzeli po sobie.
- Do Polski. - Powiedział po chwili Worple.
*
Bez problemu i w ciszy odnaleźli samochód.
Jay wyciągnął plecak z jedzeniem w puszkach. Rozdał wszystkim i usiadł za kierownicą.
Wszyscy wsiedli. Prawie wszyscy.
Robie stanęła przed samochodem i powiedziała:
- Ja nie jadę.
- Robie... - Zaczęła Liz, ale dziewczyna jej przerwała.
- Nie obchodzi mnie co sobie o mnie pomyślicie, ale nie jadę. - Jej głos był pełen rozpaczy i bólu. - Mam tego dość. Odchodzę. Nie dam rady dłużej w tym uczestniczyć.
- Dobrze. - Powiedziała Lore. - Ale daj nam sie chociaż podrzucić do jakiegoś miasta. Nie chcesz tu chyba zostać sama na noc.
Dziewczyna spojrzała na nią szukając podstępu, ale w końcu pokiwała głową a Jay ruszył

***

Są czytający, więc jest rozdział! :)

Nie jeat on może jakiś superdynamiczny, ale musiał taki być :c

Zapraszam do dalszego śledzenia tej historii :)

wtorek, 17 grudnia 2013

Aktywny blog

Jeżeli ktoś jest zainteresowany moją twórczością to zapraszam na mój aktywny blog:
odmiennosc-to-my.blogspot.com

Pozdrawiam :)

niedziela, 6 października 2013

Zawieszenie

Jako iż ostatnio nie mam super wielkiej, cudownej weny i że nie ma tu żadnych komentarzy co jest dla mnie znakiem, że nie piszę sobie do nikogo
Zawieszam opowiadanie na czas nieokreślony...

sobota, 28 września 2013

Info.

Jako iż czasem zachowuję się jak typowa blondynka:

ZWERYFIKOWAŁAM USTAWIENIA KOMENTOWANIA I TERAZ JEST TO MOŻLIWE DLA WSZYSTKICH, WŁĄCZNIE Z ANONIMAMI, BEZ WERYFIKACJI OBRAZKA

Więc może mała lista obecności? Kto czyta niech da znać! Bardzo ładnie proszę ;D

czwartek, 26 września 2013

Rozdział szesnasty.

Jasper ledwo się ruszał. Ledwo dociągnął Lore do tej jamy. Ledwo oddychał. Ledwo sobie radził ze łzami cisnącymi się do oczu.
Natarł dziwnym specyfikiem Zamaskowanych swoje poparzenia. Starał się nie myśleć o ledwo minionych wydarzeniach. O płonącym domu pana Kobyli, o znikającej w płomnieniach Izzy i o jej krzyku.
W jego pamięci błysnął obraz Lore wjeżdżającej na pole strzelaniny Jeepem. Uratowała mu życie.
Plan był taki, że miała po nich podjechać samochodem i zabrać ich, osłaniając dobrze przystosowanym samochodem.
Nie wypaliło... Okazało się, że Zamaskowani dotarli za blisko drzwi.
Nic nie poszło po ich myśli. Musieli wycofać się do domu bo inaczej by ich rozstrzelano...
Łzy pociekły mu po policzkach gdy w głowie pojawił mu się obraz Grunniego padającego na ziemię...
- Jasper? - Usłyszał szept i zauważył, że Lore ma otawrte oczy i wpatruje się w niego uważnie.
Szybko otarł łzy wierzchem dłoni.
- Dobrze, że się obudziłaś. - Powiedział cicho. - Martwiłem się, że to coś powarznego. Uderzyłaś się w głowę a do tego te poparzenia...
Przerwał bo dziewczyna podniosła się i go przytuliła.
- Dziękuję. - Powiedziała łamiącym się głosem.
Nie odpowiedział tylko przytulił ją mocniej. Jęknęła.
"Głupi." Pomyślał. "Zapomniałem o oparzeniach."
Podał jej maść.
- Wyciągnąłem to z kieszeni Zamaskowanego jak uciekaliśmy. Na opażenia po tym ich ogniu.
Wzięła pudełeczko bez słowa. Nie spojrzała na niego.
Zaczęła się smarować i w jamie zapadła cisza, którą w końcu przerwała:
- Co z resztą?
Zawachał się nad odpowiedzią, ale wyrzucił z siebie jednym tchem:
- Michael i Jay uciekli, widziałem jak biegną przez las. Cyryl pobiegł gdzieś w stronę sadu z Robie. Reszta wpadła.
- A Dorian? - Zapytała ledwo słyszalnie.
- Widziałem tylko jak dostał. - Odpowiedział tak samo głośno.
Znowu zapadła cisza, którą przerwał szloch Lore.
Kucnął przy niej.
- Posłuchaj mnie. - Powiedział. - Wiem, że jest ciężko, ale musimy znaleźć Michaela i Jay'a.
Pokiwała głową i przygryzła wargi.
- Najpierw muszę się dowiedzieć czy nie kręci ci się w głowie, nie jest niedobrze, ani nic w stylu wstrząśnienia. - Dodał.
Spojrzała na niego zdziwiona jakby niemożliwym było przejmować się jej stanem gdy Grunnie nie żyje.
Wiedziała, że nie żyje. Patrzyła jak leży na ziemi z dziurą w głowie.
Potrząsnęła głową by odpędzić wizje.
- Wszystko gra. - Powiedziała na głos. - Ale myślę, że powinniśmy odpocząć zanim pójdziemy ich szukać. Bez urazy, ale wyglądasz jak trup.
- Dzięki. - Odparł sucho, ale zgodził się z nią. - Tylko jest jeden problem w postaci wody.
- Na północ od domu pana Kobyli płynęła rzeka. - Przypomniała sobie.
- Taa. - Mruknął. - Tyle, że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.
***
- Rusz się! - Warknął Michael na Jay'a.
- Staram się, pieprzony niewdzięczniku! - Odpowiedział zaczepnie, patrząc na kolegę ze złością. - Nie wyrzywaj się na mnie! Nie moja wina, że wszyscy pouciekali we wszystkie strony.
Szli już od godziny unikając Zamaskowanych. Zmierzali ku rzece, mieli nadzieję, że wszyscy prędzej czy później do niej dotrą.
- Nie wyrzywam się. - Odparł już spokojniej Worple, widząc, że przyjaciel jest na skraju furii. - Tylko się martwię.
- Wiem. -Westchnął Jay uśmiechnął się.
Dotarli do wody.

niedziela, 22 września 2013

Rozdział piętnasty.

Siedzieli w ciszy do czasu aż Michael zakończył rozmowę.
- Dzwonił Kosecki. - Powiedział.
Kosecki był takim Polskim Michaelem; dowódzcą ruchu oporu w środkowej Europie.
- Powiedział, że narobiliśmy zamieszania, które w sumie nie przyniosło żadnych zysków ani strat. - Zamilkł na chwilę. Zastanawiał się jak przekazać in widomość. - Iker złapał trop polskiego ruchu oporu.
Jay wciągnął gwałtownie powietrze.
- Osobiście pojechał nadzorować śledztwo. - Kontynuował Worple. - Nie wiem czy wiecie, ale polacy są głównym trybem w tym wszystkim co robimy. Jeśli ich stracimy to koniec.
- Chcą żebyśmy tam pojechali? - Przerwała mu Liz.
Powoli pokiwał głową.
- Właśnie o tym chcę z wami porozmawiać.
- Jedziemy. - Powiedział natychmiast Grunnie.
- To nie takie proste - Zaczął Jay, ale przerwał mu Jasper:
- Michael, jak chronicie połączenia telefoniczne przed podsłuchaniem?
Mike spojrzał na niego zaskoczony.
- Mamy własne,ukryte linie, a co?
- Na czym polegał trop, który znalazł Iker? - Dopytywał Jasper.
- Nie wiadomo dokładnie. Nie mają aż tylu informacji. - Odpowiedział sucho. - Ale o co chodzi?
Blondyn podrapał się po głowie.
- Chodzi o to, że jeśli to waszą linię odkrył Iker, to jesteśmy martwi. - Powiedział powoli. Worple zrobił wielkie oczy.
- To nie jest potwierdzone. - Powiedział Cyryl.
- Ale jest prawdopodobieństwo, że możliwe. - Wtrąciła Charlie.
- Zbieramy się. - Zarządził Jay.
- Ale nie ma powod... - Zaczęła Izzy, ale przerwała jej syrena.
Michael zaklął pod nosem.
- Zabrać co najważniejsze i ruszać się! - Wrzasnął przekrzykując coraz głośniejszy sygnał.
Lore ruszyła biegiem na górę i pomogła Liz zapakować wszystkie papiery leżące na łóżku. Już miały schodzić gdy usłyszały przed domem strzał. Syrena umilkła.
- Wyjdźcie z uniesionymi rękami. - Rozległ się głos z megafonu. - Ale to już!
Lore dyskretnie podeszła do okna i aż syknęła gdy zobaczyła kto trzyma megafon.
- Co jest? - Spytała zaniepokojona Liz.
- Igor. - Odpowiedziała. Wyszły z pokoju na schodach wpadły na Jaspera, Grunniego i Robie.
- Do kuchni. - Zarządził ten pierwszy. Kiedy tam weszli był tam tylko Mike, Jay i Cyryl.
- Gdzie reszta? - Zapytała Liz.
- Gdzieś w domu. - Odparł nerwowo Worple.
- Co robimy? - Zapytał Jay.
- Na pewno się nie damy. - Powiedział Jasper.
Lore pokiwała głową.
- Gdzie jest reszta?! - Nerwowo zawołałJay. Trzęsły mu się ręce.
- Jestemy. - Powiedziała Charlie wchodząc z Izzy i resztą do małego pomieszczenia.
- Pomysły? - Zapytał Vane.
- Po pierwsze musimy się dostać do samochodów. - Powiedział Michael.
- Czyli trzeba odwrócić ich uwagę. - Dodał Grunnie.
- Nawet o tym nie myśl. - Mruknęła Robie.
- Nie zaczynaj znowu. - Odparł zdenerwowany.
- Wychodzić, albo przypuścimy atak! - Rozległ się głos z dworu.
- Pieprzcie się. - Odburknął Cyryl.
- Czyli plan jest taki... - Zaczął Jasper.
Gdyby Lore miała czas myśleć byłaby pod wrażeniem tego jak blondyn myśli w nerwowych sytuacjach. Ale ona w  takich sytuacjach po prostu słuchała rozkazów. Teraz też miała taki zamiar. Wiedziałaby, że za nich wskoczyłaby w ogień.
Każdy ruszył w wyznaczoną stronę kiedy usłyszeli trzask rozbitych szyb.
Jednocześnie do domu wleciało kilka kul ognia. Drewniane podłogi,  stare zasłony i meble od razu się zajęły.
- O cholera. - Mruknęła Lore. Z kuchni rozległ się krzyk. Chyba Izzy. Dzieeczyna już odwróciła się by pomóc koleżance gdy przypomniała sobie, że dostała zadanie. Jeśli go nie wykona wszyscy zginą.
Zawróciła do pokoju pana Kobyli w myślach dziękując opatrzności za to, że nie ma go w domu.
Wpadła do pokoju jak burza i zanurkowała pod łóżko. Wyciągnęła karabin i ruszyła do tylnego wyjścia. Zerknęła przez szybkę. Tak jak się spodziewali stała tam grupka Zamaskowanych.
Lore wzięła głęboki wdech i zakrztusiła się dymem. Płonęła już większa część domu.
Szybko znalazła drzwiczki dla psa i wystawiła karabin. Zaczęła strzelać. "Dzięki Bogu są tłumiki." Pomyślała pozbawiła czucia w nogach wszystkich strażników.
Wyszła i z zimną precyzją pozbawiła ich życia.
Szybko ruszyła do garażu, na wyrzuty sumienia przyjdzie czas później. Rozwaliła kłódkę i wsiadła do pierwszego z brzegu samochodu. Słyszała odgłosy strzelaniny z przed domu.
Przeładowała broń, odpaliła samochód i obejrzała się na dom. Ledwo się trzymał, cały w płomnieniach.
Ruszyła. Teraz przed nią najtrudniejsza część zadania.
____________________________________
Na początek przepraszam, że tak długo... Niestety w szkole mam dużo roboty i staram się utrzymać życie towarzyskie :P
Postanowiłam, że rozdział będę udostępniać co niedzielę choćby się paliło :)

Baaardzo ładnie proszę o komentarze bo zaczynam tracić wiarę w to, że ktoś to czyta... :c

wtorek, 17 września 2013

Rozdział czternasty.

- Wszystko hodujemy sami. - Opowiadał Michael gdy oprowadzał Lore po farmie. - Gospodarka aktualnie praktycznie nie istnieje. Ale podejrzewam, że to wiesz.
Pokiwała głową.
- To jest życie jak z koszmaru. - Powiedziała. - Ledwo z rodzicami i wujostwem dawaliśmy radę. Pieniądze z kopalni były praktycznie żadne a jedzenie drogie.
- Jak... - Mike zawachał się i nie skończył.
- Trzymali się gdy wyjeżdżałam. - Odpowiedziała Lore na jego niezadane pytanie. - Na początku, gdy nie było od Ciebie znaku życia, gdy wszyscy mówili o masakrze na naradzie, tata się podłamał. - Zapadła we wspomnienia. Były pełne rozpaczy, lęku i złości. - Gdy Suzan powiedziała, że to było do przewidzenia, tata ją uderzył.
Jej brat wciągnął głośno powietrze.
- Ale potem się uspokoiło. - Ciągnęła spokojnym głosem. - Żyliśmy tak jak wszyscy. Często zmienialiśmy miejsce zamieszkania ja chodziłam do "szkoły" prowadzonej przez jednego faceta, zawsze w innym miejscu i o innej godzinie.
- A więc tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość. - Westchnął ciężko. - Nie miałem pojęcia. Tak skupiałem się na wyklętych, że nie zwracałem uwagi na innych ludzi... - Zamyślił się po czym zmienił temat - Kiedy ostatnio rozmawiałaś z tatą?
Nie pytał o Suzan; naszą macochę. Mówiąc delikatnie ich relacje nie były najprzyjaźniejsze, zresztą ich również...
- Przy wyjeździe. - Westchnęła zerzygnowana. Tęskniła za nim i martwiła się. Bała się, że dla niego koniec wojny może przyjść za późno... - Nie był zadowolony z mojego wyjazdu. Ale w sumie nie ma się czemu dziwić.
Spacerowali wzdłuż pola, na którym rosło kilka rodzajów warzyw. W oddali widać było sad.
- Jak panu Kobyli udaje się utrzymać to miejsce? - Zapytała.
- Pracuje a my w międzyczasie dbamy o zbiory. - Odparł Mike, ale myślami był gdzie indziej.
Lore nie mogła dłużej powstrzymać pytania, które dręczyło ją od wczoraj:
- Co z Annie?
Chłopak zesztywniał. Annie była dziewczyną Michaela przed wojną. Ona też się zaciągnęła. Zresztą, jak wszyscy wtedy...
- Nie wiem co z nią. - Powiedział sztywno.
"Ja jestem jego siostrą i trzymali mnie w lochach." Pomyślała Lore. "Boję się co mogli zrobić z nią..."
Nie naciskała; nie pytała jak z tym żyje. Ważne, że żył.
Wrócili do domu. Kiedy weszli mieszkańcy grali w karty. Żyli tak już od dwóch dni czekając na jakiekolwiek informacje.
- Dalej nic? - Zapytał Michael chociaż odpowiedź była oczywista.
Jay w odpowiedzi pokręcił głową i rozległ się dźwięk komórki...
____________________________________
Taki krótki bo nie mam czasu pisać...
Postanowiłam opisać trochę rzeczywistości. Jeżeli macie jakieś pytania proszę zadawać je w komentarzach wraz z opinią :D

niedziela, 15 września 2013

Rozdział trzynasty.

Jasper uśmiechnął się widząc tulące się rozdzeństwo.
Wszyscy weszli do domu dając im trochę prywatności.
Dopiero w środku Jay zapytał o przebieg wyprawy. Grunnie wszystko mu opowiedział.
- A potem usłyszeliśmy wybuch. - Zakończył łamiącym się głosem. Robie spojrzała na niego smutno i przytuliła.
- Uratowała wam życie poprzez samobójstwo. - Szepnęła.
- Szkoda bo była bardzo wartosciową wtyczką. - Powiedział ze smutkiem w głosie Jay. Do kuchni wszedł Michael.
- Poszła się położyć. - Powiedział głosem bez wyrazu i usiadł ciężko na siedzeniu. - Wiele przeżyła i zachowuje się troche... dziwnie. - Dodał. - Boi się dotyku. I szerokiego uśmiechu.
- Z czasem jej przejdzie. - Stwierdziła Isabell.
- Oby bo na pewno będzie bardzo pomocna. - Pokiwał głową Cyryl.
- Bo skopała ci kiedyś tyłek? - Zażartował Vane a chlopak w odpowiedzi zgromił go zabójczym spojrzeniem.
- Chce z tobą porozmawiać. - Przerwał im Michael patrząc na Jaspera.
- Ze mną? - Zdziwił się. Worple pokiwał głową, więc bez słowa pomaszerował do sypialni wskazanej przez ich dowódzcę.
- Weź apteczkę! - Usłyszał z kuchni i po drodze drapnął czerwoną skrzynkę ze stolika.
Zapukał nieśmiało w drzwi.
- Wejdź. - Usłyszał w odpowiedzi.
Otworzył drzwi i wszedł do niewielkiego pokoiku. Lore siedziała na zasłanym łóźku z podwiniętymi nogami.
- Cześć. - Powiedział stając na uboczu mając w pamięci słowa Michaela. Spojrzała na niego wielkimi oczami.
- Masz apteczkę. - Stwierdziła.
- Tak, ale nic z nią nie zrobię do czasu aż nie weźniesz prysznica. - Odarł luźnym głosem. Kiwnęła głową i bez słowa weszła do łazienki.
Chłopak w między czasie poszedł do Charlie, która była mniej więcej postury Lore po ubrania. Kiedy wrócił do sypialni Lore dziewczyna siedziała na łóżku opatulona w ręczniki.
Nie mógł powstrzymać cichego okrzyku. Większość jej skóry była sina, w niektórych miejscach popęknana.
- Wygląda gorzej niż jest w rzeczywistości. - Powiedziała spokojnie.
- Proszę. - Powiedział wręczając jej kupkę ubrań. - To Charlie. Powinny pasować.
Kiedy się przebrała usiadła obok niego na łózku.
Jasper wyciągnał gazę i wodę utlenioną.
- Mogę? - Zapytał chcąc dotknąć jej twarzy. Kiwnęła głową. Przez chwilę pracował w milczeniu.
- Dziękuję, że po mnie przyszliście. - Powiedziała w końcu.
- Zrobiłabyś to samo dla każdego z nas. - Chłopak uśmiechnął się. Delikatnie. Chyba zauważyła jego wachanie w tym uśmiechu bo powiedziała:
- Jutro już postaram się być normalna. - Spojrzała mi w oczy. - Muszę być silna.
- Jesteś silna. - Odpowiedział pewnie odwzajemniając spojrzenie. - Przeżyłaś Wyklętych, Zamaskowanych i wygrasz wojnę.
W jej oczach zalśniły łzy.
- Opowiedz mi co się zdarzyło po tym jak Igor zjął Oddział. - Zmieniła temat owracając wzrok.
No, więc Jasper opowiedział. O ich ucieczce, o panu Kobyli, o ich naradach dotyczących jej odbicia i o kontrolach Zamaskowanych w domu ich gospodarza. W międzyczasie przemywał jej rany, oglądał czy nic nie jest złamane. Wtedy dotknął jej żebra. Syknęła z bólu gdy nacisnął trochę za mocno.
- Jest złamane. - Powiedziała. - Od pierwszego dnia. Ale dbali o nie. Nie chcieli, żebym umarła, więc zadbali o moje złamane żebro. - Dodała cicho.
- Nie możesz się przeciążać. - Powiedział pewnie. - Trzy tygodnie dla żebra to niewiele.
- Skąd to wiesz? - Zapytała z ciekawością.
- Miałem w planach zostać lekarzem. Byłem po pierwszym roku studiów gdy się zaciągnąłem. - Odparł.
- Nie mówiłeś nigdy. - Powiedziała poważnie i ziewnęła.
- Bo o planach na życie nie mówi się gdy otacza wszystkich śmierć. - Przerwał partrząc w jej zielone, zmęczone oczy. - Idź spać. Jutro odpowiem na wszystkie pytania.
***
Ciężko otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Kładła się spać pare minut po 22 a teraz było 20 po. Tak krótko spała? A czuła się taka wypoczęta...
Chyba, że przespała całą dobę.
Wstała z łóżka i zeszła na dół. Przy schodach trafiła na Liz.
- Już się baliśmy, że się nie obudzisz. - Powiedziała z uśmiechem.
"Ten uśmiech jest radosny." Pomyślała Lore. " Nic ci z jej strony nie grozi."
- Jestem głodna. - Powiedziała tylko.
- Właśnie kończą kolacje. - Powiedziała. - Chodź za mną.
Weszły do kuchni gdzie wszyscy rozmawiali i z uśmiechami jedli parówki. Na jej widok zastygli. Lore zauważyła, że Robie zatyka usta ręką.
Zmusiła się do wykrzywienia warg w uśmiech.
- Smacznego. - Powiedziała.
- Siadaj. - Powiedział Michael. - Zaraz ci nałożę.
Lore patrzyła jak jej brat krząta się po kuchni. Bardzo się zmienił przez te trzy lata. Stał się bardziej krępy, oczy straciły wesoły blask a włosy, które zawsze były starannie przycięte teraz były za długie i rozczochrane. Jego twarz postarzała się tak, że przypominał teraz tatę ze starszych zdjęć.
- Dziękuję. - Powiedziała gdy postawił przed nią parujący talerz. - Jakie są teraz plany? - Zapytała.
- Na razie musisz odpocząć. - Powiedział Jay. Spojrzała na niego zdziwiona.
- Nie możecie wszystkiego podporządkować mi. - Powiedziała pewnie. Czuła się dużo lepiej niż wczoraj i widziała w tym okazję do powrotu do tego jaka była przed poznaniem Igora.
- I tak czekamy na znaki od pozostałych grup wyklętych. - Odezwał się Michael.
Wtedy sobie przypomniała i o mały włos nie upuściła widelca.
- Marco. - Mruknęła. - Przywódzca włoskich Wyklętych. Uciekł ze mną z celi, ale nie chciał ze mną pójść. - Jej głos zadrżał. - Pewnie już nie żyje...
- Niekonieczmie. - Powiedział Jasper. - Mógł uciec drugim wyjściem.
- Albo to on skupił uwagę Zamaskowanych i dlatego tak mało was goniło. - Odezwał się Cyryl.
- Marco i tak był niewiele warty. - Odezwał się Jay. - Przez jego brawurę życie straciło piętnaście osób.
- Niczyje życie nie może być nic nie warte, panie..? - Odezwała się ostro w odpowiedzi.
- Jay. - Odparł w odpowiedzi.
- Ten człowiek uratował mi życie. - Powiedziała do niego sucho. - Gdyby nie on nie wyszłabym z tego piekła. Szacunku.
Przy stole zapadła cisza.
- Przynajmniej czujesz się już lepiej. - Odezwał się wesoło Grunnie.

czwartek, 12 września 2013

Rozdział dwunasty.

Lore uparcie szarpała kraty. Krzyczała. Nie wiedziała co, ani do kogo, ale robiła to głośno. Tak żeby przekrzyczeć alarm.
Do pomieszczenia z celami wpadła banda Zamaskowanych. Było ich z sześciu. Stanęli przed jedynymi zajętymi celami.
"Skoro mnie pilnują to musi być Michael." Pomyślała spanikowana. "Muszę coś zrobić."
Zauważyła pałkę i klucze za paskiem jednego ze strażników. Jak najciszej i ostrożniej sięgnęła przez kraty po klucze. Nie dosięgała.
- Ej, przygłupie. - Powiedziała tak, żeby tylko on usłyszał. Tak jak przewidziała odwrócił się do niej wściekły i zbliżył się do krat.
- Nie powinnaś tak zwracać się do osób mogących bardzo dotkliwie cię zranić. - Powiedział ostro.
Marco zauważył co próbuje zrobić i zaczął się wydzierać  szarpać, wyklinać. Wszyscy pozostali strażnicy podeszli do jego celi chcąc go uciszyć.
Lore wykorzystała sytuacje i wysunęła nogę przez kratę i zdzieliła Zamaskowanego w krocze. Pisnął cicho i ukląkł. Lorreine sięgnęła po klucze i pałkę.
Nerwowo otworzyła cele. Reszta strażników nic nie zauważyła.
Zdzieliła klęczącego na ziemi pałką tak, że stracił przytomność.
Miała wolną drogę, ale musiała coś jeszcze zrobić.
Zbliżyła się do Zamaskowanych uciszających Marco.
Wyważyła pałkę w ręce i trafiła jednego w tył głowy. Reszta odwróciła się do niej zaskoczona.
Szybko pozbawiła następnego przytomności, ale pozostałych dwóch było już w gotowości się bronić. Wyciągnęli pistolety.
Nieoczekiwanie Marco chwycił jednego za kostkę tak, że ten zarył twarzą o ziemie.
Lore nie czekała długo i wytraciła przeciwnikowi pisotolet z ręki niechcący łamiąc mu nadgarstek i również pozbawiła przytomności.
Otworzyła celę Marco.
- Wiesz, że trzeba ich zabić? - Powiedział.
- Ja tego nie zrobię. - Odparła niepewnie. - Zabić ich nie wysłuchawszy ich wcześniej, gdy leżą nieprzytomni, jest jak morderstwo.
Jakby jej nie słysząc wyciągnął z kieszeni jednego z nich nóż. Tylko przez poderżnięcie gardła można ich było zabić bez uruchomienia zapalnika w masce.
- Zemsta musi się dokonać. - Mruknął.
- Ale bez mojej pomocy. - Powiedziała ostro. - Ja idę do brata. Idziesz ze mną, albo się mścisz.
W odpowiedzi chwycił pewniej nóż.
Lore pokręciła głową i wyszła z więzienia. Na korytarzu było pusto. Z daleka słychać było jakieś krzyki i zamieszanie.
- Hej, ty! - Usłyszała za plecami zamaskowanego. Jej jedyną bronią była pałka.
Niewiele myśląc zaczęła uciekać.
***
Po prostu biegli. Nie wiedzieli czemu żaden z Zamaskowanych nie strzela. Obijali się o ludzi, kopali i drapali gdy ktoś ich chwycił, ale biegli.
Agnes biegła pierwsza i na zakręcie wpadła na kogoś.  Owy ktoś zaczął krzyczeć i się wyrywać. Miał długie blond włosy i twarz...
- Lore! - Krzyknął Japer i podbiegł do dziewczyny. Ta spojrzała na niego.
- Jasper. - Powiedziała z wielką ulgą. Jej twarz była straszna. Posiniaczona, opuchnięta i było na niej dużo zaschniętej krwi.
Przytuliła się do niego.
- Później! - Przerwała Agnes. Teraz uciekamy!
I znowu pobiegli. Japer trzymał Lore za rękę.
Nie mieli czasu zastanawiać się czemu w głównej siedzibie było tak mało Zamaskowanych. Dlaczego idzie im tak łatwo.
W końcu dotarli do łazienki z wyjściem.
- Pójdą za nami. - Powiedziała zdyszana Agnes.
- Ale nie mamy wyjścia. - Wysapała Liz.
- Mamy. - Odparła. - Pakujcie się do wyjścia. Już!
- Ale... - Zaczął Grun.
- Już! - Wrzasnęła.
Już bez sprzeciwów wcisnęli się do wyjścia.
- Agnes! - Zawołał Jasper. - Dziękujemy!
Spojrzała tylko na niego i zamknęła właz.
Szybko ruszyli przed siebie. Po chwili usłyszeli wybuch.
Stanęli. Liz wybuchła płaczem a Lore zakryła ręką usta.
- Chodźcie. - Powiedział bezbarwnie Grunnie.
W ciszy ruszyli w ciemność.
Po pewnym czasie dotarli do wyjścia z tunelu. Prawie natychmiast podjechał pod nich samochód. Bez słowa wsiedli do środka, ale Lore się zawachała.
- Zaufaj mi. - Powiedział cicho Jasper. Spojrzała na niego i wsiadła.
Kilka minut przejechali w całnowitej ciszy. Prowadził Jay. Michael miał czekać na miejscu. Nie pytał jak poszło, czemu nie ma z nami Agnes. Nic, tylko ponura mina.
- Ilu wydostało się od Zamaskowanych? - Odezwała się w końcu Lore.
- W sumie żyjemy w kilkanaście osób. - Odpowiedział Jay.
Po policzku Lore spłynęła łza. Pokiwała głową i spojrzała w okno. Wszyscy odwrócili głowę, nie chcieli patrzeć jak płacze.
Kiedy dojechali na miejsce, o dziwo bez przeszkód, jej policzki były już suche.
Wysiedli z samochodu i Lore patrzyła z niemym zachwytem na domek pana Kobyli. Gdy otworzyły się drzwi i zaczęli z nich wychodzić ludzie uśmiechnęła się. W jej oczach znów zalśniły łzy. Przywitała się ze wszystkimi i wydawało się, że jest zadowolona a potem wyszedł Michael.
Zastygła i z przerażeniem patrzyła jak brat do niej podchodzi. Stanął na przeciw niej i popatrzył na jej twarz.
- Przepraszam. - Powiedział dotykając siniaka. Wzdrygnęła się i odskoczyła z paniką w oczach. Tym razem to Michael zastygł przerażony.
Lore chyba zorientowała się, że jej reakcja była przesadzona bo wyszeptała:
- Przepraszam.
- Lore, to nie twoja wina. - Powiedział zbliżając się do niej powoli. - Ale już dobrze. Tutaj jesteś bezpieczna. Już nic ci nie grozi.
Potem dziewczyna rozpłakała się i wtuliła w brata. On również miał łzy w oczach.
____________________________________
Wiem, krótki, dziwny i mało składny. Przepraszam, ale tylko na tyle mnie dzisiaj stać...

wtorek, 10 września 2013

Rozdział jedenasty.

Lore myślała nad tym jak długo tu jest. Liczyć to na podtawie posiłków? Ile dni przeleżała nieprzytomna? Ile ją trzymali przed pierwszym przesłuchaniem?
W celi człowiek się nudzi, dużo myśli. Ale niektóre myśli trzeba odrzucić. Trzeba to zrobić bo inaczej zwariujesz. Nie wolno pozwolić by się rozprzestrzeniły, żeby zawładnęły umysłem. Wspomnienia, żale, miłości, wszystkie znajomości...
Igor często torturował ją radiem. Było coraz gorzej. Tak jakby Zamaskowani chcieli zmusić Oddział do działań. I może właśnie tak było? Jej oprawca nie dzielił się planami czy filozofią swojej grupy.
Igor. Znowu pojawił się w jej myślach, razem ze łzami bólu, wstydu i upokorzenia. Nie miała już siły go nienawidzić. Chciała się tylko wydostać z piekła...
Usłyszała jak krata celi obok się otwiera. Słyszała jak strażnicy wtaczają więźnia i jak go kopią wychodząc.
Z tego co się dowiedziała z wczorajszej rozmowy był tu od wielu dni. Na imię ma Marco. Jest przenoszony z celi do celi bo boją się, że coś knuje. Lore widziała go przez kraty gdy wlokli ją do Igora. Miał ciemne włosy i był bardzo drobny. Mógłby być w wieku jej ojca.
Ojca... Znowu łzy napłynęły jej do oczy. Nie miała pojęcia czy jej rodzina żyje. Słyszała jak strażnicy rozmawiają o ucieczkach w Oddziale Międzynarodowym, ale czy jej przyjaciele się uratowali? Czy ich ciała zawisły przy budynku Oddziału jako ostrzeżenie?
- Dzisiaj nie było tak źle. - Usłyszała pomruk zza ściany. Nie mogła się nadziwić jakie są cienkie...
- Jeszcze żyjesz. - Odparła.
- Ktoś musi pomóc ci uciec. - Odparł głos. Mówił z bardzo wyraźnym, włoskim akcentem.
- Co tu robisz? - Zapytała wprost.
- Dowodziłem grupą Wyklętych na południu Europy. - Wyjaśnił zmęczonym głosem. - Uznali mnie za więźnia priorytetowego, więc przewieźli tutaj.
Zapadło milczenie. Po długiej chwili znowu się odezwał:
- Widziałem cię dzisiaj jak przechodziłaś obok mojej celi. Wydajesz się taka delilatna... - Zawiesił głos. - Przypominasz mi moją córkę. Tak mogłaby wyglądać gdyby dożyła tylu lat co ty.
Nie wiedziała co odpowiedzieć. Przykro mi brzmiał głupio...
Znowu zapadła cisza.
- Po co cię tu trzymają? - Zapytał w końcu ciękim głosem
- Jestem siostrą Michaela Worpla. - Odparła.
W momencie gdy skończyła mówić rozległ się alarm.
- Może twój brat po ciebie przyszedł. - Powiedział poważnie.
***
- Rusz się Liz bo wojna zdąży się skończyć zanim stąd wyjdziemy. - Mruknął Grun.
- Trzeba było iść jako pierwszy, cymbale. - Prychnęła zirytowana.
- Zamknąć się. - Uciszył ich Jasper. - Wszyscy was usłyszą!
Szli, a właściwie czołgali się w kanałach. Jay znalazł niestrzeżone wyjście ukryte w damskiej toalecie. Miała tam na nich czekać ich "Wtyczka". Jeden z informatorów Michaela.
Już dawno stracili orientację jak długo tkwili w tej ciemności. Humory mieli coraz gorsze, schodziło z nich napięcie związane z ich zadaniem, aż nagle trafili na właz.
Liz ostrożnie go przesunęła i wyjrzała.
- Dobra. Chodźcie. - Powiedziała i wyszła. Za nią Jasper, Robie i Grunnie. Reszta została w domu pana Kobyli.
Tak jak było w planie czekała na nich bardzo wysoka i bardzo krótko ścięta Zamaskowana.
- Przebierzcie się szybko. - Poleciła matowym głosem rzucając im ciuchy. A właściwie szmaty.
- Co to? - Zapytała Liz wkładając powyciąganą koszulkę. - Strasznie cichnie.
- Macie wyglądać na moich więźniów. - Odparła sucho.
Kiedy wszyscy wyglądali odpowiednio nędznie wyszli z toalety. Szli jeden za drugim, Zamaskowana na końcu.
- Prowadzisz ich sama, Agnes? - Rozległ się głos zza ich pleców.
- Tom i John byli ze mną, ale Igor ich wezwał. - Odparła spokojnie Zamaskowana.
- To dziwne... - Powiedział Zamaskowany w zielonej masce. - Właśnie widziałem Toma jak gra w karty z Johnem i Igora, który poszedł odespać sesję z siostrą zdrajcy. - Jego ton był złośliwy.
Agnes zesztywniała a wszystkich sparaliżowało na chwilę ze strachu. Wpadli. To koniec.
- Straaż! - Zawołał facet i rozległ się strzał. Jasper obejrzał się. To Robie miała wyciągnięty pistolet.
- Oszalałaś?! - Pisnęła Agnes gdy Zamaskowany padł na ziemię.
Na korytarz wybiegło pare Zamaskowanych patrząc na nich zaskoczonym wzrokiem.
Potem włączył się alarm.

niedziela, 8 września 2013

Książki. Wsparcie.

Zapraszam do lajkowania i polecania tego oto fanpage:

https://www.facebook.com/ksiazkiwrotamidoinnegoswiata

Dziękuję za uwagę :P

niedziela, 1 września 2013

Rozdział dziesiąty.

- Jak chcesz to potrafisz myśleć. - Mruknął głaszcząc ją po policzku. Przeszedł ją dreszcz. Nie lubiła czuć jego dotyku...
Powstrzymała się od komentarza. Już wiedziała czym to się kończy.
- Cieszę się, że nasze spotkanie czegoś cię nauczyło. - Powiedział ze satysfakcjonującym uśmiechem.
Lore nienawidziła tego uśmiechu jak żadnego innego.
- Nie zależy mi na powolnej śmierci. - Odparła. - A twój plan i tak się nie uda.
- Tak? - Uniósł brwi i uśmiechnął się szerzej. - Myślisz, że jest na tyle niekochającym i bezuczuciowym bratem, żeby pozwolić siostrze umrzeć?
- Tak. - Skłamała. Tak na prawdę była pewna, że jeśli Michael się dowie to przyjdzie po nią nie patrząc na siebie. Sama zrobiłaby to samo...
Tymczasem ręka Igora przesunęła się z policzka na szyję.
- Mimo wszystko spróbuję. - Odparł pokazując wszystkie zęby.
- Nie ma sensu. - Powiedziała choć wiedziała, że na próżno.
- Taka ładna dziewczyna. - Mruczał Zamaskowany głaszcząc jej skórę.
Znowu zadrżała. Serce jej galopowało, bała się. Bała się tego co ten człowiek może zrobić...
***
- Myślę, że się ciebie spodziewają. - Powiedział Jasper do Michaela.
- Bardzo możliwe. - Odparł poważnie. - Ale nie mogę jej zostawić.
- Możesz nam zaufać. - Odparła Liz.
- Sami tam pójdziemy. - Dodał Grun.
- I mam tu siedzieć? - Zapytał z kpiną w głosie. - Ja tu dowodzę i chcę jechać. - Dodał twardo.
- Oni na ciebie czekają! - Jasper podniósł głos. - Myślisz, że dlaczego ją jeszcze trzymają? To przez ciebie tam jest i tylko brak twojej interwencji pomoże! - W jego głosie, w pewnym, jednym, momencie słychać było rozpacz. Ale prawie nikt tego nie usłyszał...
Michael zamyślił się.
- Muszę coś robić. - Odparł w końcu. - Ale ci ufam. - Powiedział wskazując na blondyna.
- Dziękuję. - Odpowiedział już spokojnie.
- To teraz trzeba ustalić... - Zaczął Jay, łysy, zastępca Michaela, Wyklęty i współpracownik.
Pół godziny później Jasper wciągał wiadro ze studni. Podszedł do niego Worple.
- Lore jest dla mnie bardzo ważna. - Powiedział. - Wiem, że dla ciebie też.
- Taa. - Zasapał w odpowiedzi. - To pożądna dziewczyna. Mądra, sprawna, inteligentna i piękna. Dziwisz się?
- Wiem, że ci ciężko. - Jego głos był zamyślony. - Nie widziałem jej tyle czasu... Tęsknię za nią i zrobię wszystko by jej nie stracić. - Zrobił przerwę. - Jeśli coś spaprasz to cię znienawidzę.
- Dzięki za pocieszenie. - Mruknął. Wiadro ważyło tonę. Ruszył w stronę domu.
*
Kolejną godzinę spędzili na obmyślaniu planu. Myśleli o wszystkich możliwościach i konsekwencjach.
Kiedy usiedli do obiadu byli w dobrych nastrojach. Mieli poczucie, że coś robią. Że mają bliżej określony cel.
Chwile potem usłyszeli pukanie w drzwi.
Pan Kobyla poszedł otworzyć. W drzwiach stał Cody. Chłopak, który stał na warcie. Oddychał ciężko i szybko.
- Idą. - Wykrztusił.
Przez ułamek sekundy nikt się nie poruszył. Potem wszyscy zaczęli zbierać swoje rzeczy, krzątać się i chować zastawę. Następnie ruszyli do salonu. Michael przesunął dywan i zdarł warstwe ukrywającą drzwi. Drzwi były koloru tego samego co podłoga i zdradzała je tylko jedna dziurka. Tą dziurką Worple otworzył dużą wnękę. Wszycy weszli i pan Kobyla zamknął ich i zasłonił.
We wnęce było ciasno, ciemno, wilgotno i duszno. Malutkie smużki światła prześwitywały przez szczeliny w podłodze.
Nikt się nie odzwywał. Oddychali jak najciszej. Nikt nie miał odwagi kiwnąć palcem.
Usłyszeli pukanie a potem dźwięk otwieranych drzwi.
- Witam. - Rozległ się spokojny głos gospodarza. - W czym mogę pomóc?
- Kontrola. - Odparł gburowaty głos. - Przesunąć się.
Przez szczeliny widać było zarys mężczyzny. Potupał w różnych miejscach pokoju i przeszedł do kuchni.
- Tyle naczyń w zlewie? - Zapytał.
- Dawno nie zmywałem. - Odparł znużony głos pana Kobyla. - Żona zawsze zmywała...
- Pan się nie wyżala. - Ostrym głosem odparł Zamaskowany.
Zwiedził jeszcze resztę mieszkania i wyszedł nie powiedziawszy żadnego słowa pożegnania.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Jest pan nieocenionym skarbem. - Powiedział Jay kiedy wyszliśmy.
Staruszek machnął tylko ręką i uśmiechnął się życzliwie.
***
Znowu było ciemno. Znowu nie była w stanie się poruszyć.
W celi cuchnęło, było zimno.
Lore leżała na ziemi. Zmarznięta, obolała, głodna. Upokorzona. Upokorzona jak nigdy.
Miała ochotę skończyć z życiem. Ale nie miała jak...
Zaczęła płakać. Cicho i obficie.
- Poradzisz sobie. - Rozległ się cichy głos zza ściany. - Nie płacz. Nie pokazuj im, że się łamiesz.
Lore spojrzała na ścianę jak na ducha.
"Inny więzień..." Westchnęła.
____________________________________
Przepraszam, że tak długo! Po prostu zaczęłam nową szkołę i miałam mały kryzys z weną... Przepraszam jeszcze raz!

Jak się podobają moje wypociny? Proszę o komentarze! :D

piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział dziewiąty.

Szli w milczeniu. Nie mieli odwagi się odezwać, albo chociaż głóśniej tupnąć.
Szli w cięmności i potwornym smrodzie szybkim tepem. Co jakiś czas pokazywał się szczur,  albo coś podobnego.
Kiedy zbliżyli się do wyjścia odetchnęli głęboko świeżym powietrzem.
Rozległ się alarm.
- Ruszać się! - Zawołał facet stojący w cieniu jakieś 50 metrów dalej.
Pobiegli do niego mając nadzieję,  że to Michael Worple, a ten nie przyglądając im się ruszył w głąb lasu.
Biegli przez długi czas aż dotarłi do jeepa ukrytego w krzakach.
Jasper i Grunnie wzięli przykład z chłopaka i zapakowali się do samochodu.
Kiedy ruszyli odezwał się luźnym tonem:
- Więc jesteście Jasper i Dorian?
Pokiwali twierdząco głowami.
- A ty Michael Worple. - Ni to stwierdził ni to zapytał Grun.
- Mhm. - Potwierdził.
Jasper przyjrzał mu się. Zawsze wyobrażał go sobie jako starszą i męską wersje Lore,  tymczasem Michael miał cięmne kręcone włosy i szare oczy. Jedyne co wydawało się ich łączyć to była szczupła sylwetka...
- Czy Lore na prawdę nie żyje? - Zapytał nagle bezbarwnym tonem.
- Nie wiemy. - Odezwał się Jasper smutno. - Była z wyklętymi...
- Cholera. - Zaklął Worple. - Wyklęci zostali pojmani i wczoraj  rozstrzelani. Nie było z nimi mojej siostry. - Mamrotał pod nosem. - I Trevora. - Dodał.
- A co z resztą naszych? - Zapytał Grunnie.
- Większość Oddziałowych uciekła,  jeżeli o to pytasz. - Odparł. - Wasz oddział przysporzył Ikerowi sporo kłopotu. Stracił dziesięciu ludzi.
- Skąd to wszystko wiesz? - Grunnie wytrzeszczył oczy.
- Zamaskowani nie zdają sobie sprawy z tego ilu szpiegów jest w ich szeregach. - Powiedział z uśmiechem.
Jasper spojrzał przez okno. Jechali szybko. Byli już na szosie.
- Chyba musisz nam opowiedzieć wszystko od początku. - Westchnął i spojrzał na brata swojej przyjaciółki. - Jeszcze nie jestem pewien czy mogę. - Odparł powoli. - Zdecydowałem się was uratować bo moje źródła mówią, że Lore wam ufa. A ja ufam jej w 100%.
- Masz sieć informatorską w Oddziałach i u Zamaskowanych?
W odpowiedzi kiwnął głową.
- Zdradziłem Oddział bo dowiedziałen się o Wyklętych. - Powiedział. - Nie mogłem patrzeć na Cadwallera. Powiedziałem o tym Percy'emu, ale on wolał zostać...
- Ale Percy dowiedział się o Wyklętych tydzień temu. Razem z nami. - Zdziwił się Grunnie.
- Niemożliwe,  przecież... - Urwał. - Chyba,  że pracował dla Zamaskowanych i też szukał Wyklętych...
- Niemożliwe. - Prychnął Grunnie. - Przecież to Percy Dawlish. To nie jest możliwe.
- Jest, jeśli od początku jest tym kim jest. - Odparł spokojnie Michael. - I ma podstawy do tego by być prawdą. Okłamał was w sprawie Wyklętych i nie było go z nimi... wczoraj.
- Lore też nie było. - Odparł Jasper.
- Ale ona jest moją siostrą. - Powiedział twardo. - A Igor mnie nie nawidzi. Zrobi wszystko by mnie znaleźć.
- Zastanawia mnie jedna rzecz. - Odezwał się Jasper. - Po kiego dołączyłeś do Zamaskowanych?
- Uciekłem z Oddziału, rozeszła się plotka, że jestem zdrajcą. Znaleźli mnie i gdy dowiedzieli się, że znam prawdę powiedzieli: współpraca albo śmierć. - Jego słowa były pozbawione emocji.
Zjechali z głównej drogi.
- Gdzie jedziemy? - Zapytał Grun.
- Do siedziby Ruchu Oporu. - Odparł dumnie Worple.
W zasięgu wzorku pojawiło się zwykłe gospodarstwo domowe.
- Jakim cudem jeszcze was nie znaleźli? - Zdziwił się Jasper. - Tak blisko...
- Jesteśmy w gościnie u ludzi, którzy tu mieszkają. - Powiedział Michael. - Zawsze jak jest kontrola pożądnie się ukrywamy a pan Kobela z żoną udają zwykłe małżeństwo.
Kiedy dojechali, nie zdążyli dobrze wysiąść gdy na Doriana rzuciła się mała osóbka.
- Robi! - Westchnął przytulając ją mocno.
- Co oni tutaj robią? - Zawołał Worple do faceta stojącego w wejściu. Wyglądał na trzydzieści lat, był wysoki, masywny i łysy.
- Uciekali z Oddziału. Mieliśmy zostawić ich na pastwę Zamaskowanych? - Odezwał się niskim głosem.
Jasper rozejrzał się i zobaczył kilka znanych twarzy: siostry Charlie i Liz, Vane, Cyryl, Izzy i jeszcze dwójka, których imion nie pamiętał...
Podszedł do nich i z każdym uściskał się jakby nie widział ich od lat.
"Przynajmniej oni..." Chdziło mu po głowie.
- Wiecie, że nie możecie tu zostać i nic nie robić? - Odezwał się Michael.
- Już im to mówiłem... - Mruknął łysy.
- Ale teraz ja mówię. - Worple dźgnął go w żebra z uśmiechem. Tak na prawdę cieszył się, że jest ich coraz więcej.
- A co masz zamiar zrobić? - Odezwała się Liz.
Chłopak popatrzył na każdego z osobna zamyślony i powiedział:
- Odbić moją siostrę.
***
Kiedy Lore znowu ocknęła się w swojej celi było jasno.
Podniosła się do siadu. Poczuła ból w klatce piersiowej. Ale znacznie mniejszy niż ostatnio.
Podniosła koszulkę i zobaczyła opatrunek.
- Nie chcą, żebyś umarła tylko, żebyś zaczęła mówić. - Odezwał się znany Lorreine głos.
- Przecież mówię. - Odparła wściekłym głosem.
- Obrażanie Igora się nie liczy. - Percy uśmiechnął się mimo woli.
- Czego chcesz? - Zapytała. - Przecież ty wiesz, że mówię prawdę! Ty wiesz, że myślałam, że on nie żyje! - W jej głosie przez chwilę słychać było rozpacz.
- Igor nie wierzy. Poza tym ja nie mam nic do gadania.
Lore wstała ciężko powstrzymując jęk bólu i podeszła do krat.
- Jesteś zwykłym śmieciem, Dawlish. - Powiedziała a jego mina zmieniła się w maskę. - I przysięgam, że zabiję cię choćby było to ostatnie co zrobię w życiu.
- Nie będziesz miała okazji. - Szepnął. - Przyniosłem ci jedzenie. Ale twoje nastawienie do mnie pokazuje, że nie jesteś głodna.
Odszedł.
Lore obejrzała celę w świetle dnia. Nic w niej nie było, żadnego łóżka ani ubikacji...

Chwilę po odejściu Percy'ego strażnicy wyciągneli ją z celi i zaprowadzili do tej samej sali co wczoraj i przywiązali do tego samego krzesła po czym zostawili ją samą.
Sala nie miała okien. Jedynym źródłem była ta brudna żarówka powieszona tuż nad jej głową. Nie rzucała żadnego cienia...
Każda minuta wydawała się wiecznością...
Potem do sali wszedł Igor. Na trzeźwo Lore dostrzegła, że ma siwe,krótkie włosy. Zielona maska była wyraźnie widoczna na białej cerze...
"Maski są wszywane pod skórę. Nie można ich od tak zdjąć, na noc czy do kąpieli." Powiedział jej Trevor. Teraz czas, który spędziła w jaskiniach wydawał jej się tak odległy jak dziecinstwo...
- Dzisiaj wyglądałabyś dużo lepiej gdyby nie to. - Powiedział dotykając jej policzka. Tego, w które wczoraj ją uderzył.
- Chciałabym powiedzieć to samo o tobie, ale nie widzę twojej twarzy. - Odparła uśmiechając się krzywo.
- Czy wczoraj się czegoś nauczyłaś? - Zapytał.
- Na pewno nie tego gdzie jest mój brat. - Odparła. Zamaskowany machnął ręką.
- Dawlish potaierdził twoją wersję. - Powiedział.
- To czemu jeszcze mnie tu trzymacie, żywą? - Zapytała i od razu pojęła. - Bo jestem przynętą... - Wyszeptała.
____________________________________
Po długim czasie, ale jest!
Jak się podoba?

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rodział ósmy.

- Ale co ty mówisz? - Wykrztusiła w koʼncu Lore.
Nie patrząc na nią podszedł do masywnych drzwi oddzielających grotę od korytarzy i wyciągnął zza pleców pistolet.
- Myślisz, że tą jedną bronią nas powstrzymasz? - Odezwał się Trevor sztywno.
- Nie mam was powstrzymć, a tylko na chwilę zatrzymać. - Odpowiedział spokojnie. - Do czasu aż tutaj nie dotrą.
- Percy, co ty do jasnej cholery, robisz? - Wyszeptała Lore.
- Muszę pzyznać, że całkiem nieźle nas pilnowaliście. - Zignorował jej pytanie. - Nie miałem jak zawiadomić Ikera, że was w koʼncu znalazłem.
- Ty jesteś Centralnym Kapusiem? - Zaśmiała się Tatum.
- To dlatego uparłeś się, żeby ze mną zostać? - Zapytała Lore, ale jej pytanie zostało zagłuszone przez przybycie zamaskownych.
Tak szybko?... Przemknęło Lore przez myśl. Przeszła ją fala wściekłości.
Rzuciła się na Dawlisha, ale została powalona na ziemę zanim do niego dotarła. Nawet się nie obejrzał...
Potem została czymś odurzona i straciła przytomność...
***
Obudziła się gdy ktoś gdzieś nią zanosił. Widziała tylko Percy'ego rozmawiającego z jakimś Zamaskowanym. Ten drugi odwrócił do niej głowę i powiedział:
- Dzieʼn dobry, królewno.
Mężczyźni, którzy ją nieśli mocniej ścisnęli jej ramię, bojąc się, że Lorreine zacznie się szarpać. Ale ona nie była w stanie nawet kiwnąć palcem. Tylko patrzyła na niego bezradnie.
Zdradził Percy Dawlish, ten bohater wojenny, przyjaciel jej brata, był zdrajcą. Odwrócił głowę i ich spojrzenia się spotkały. Jego oczy były puste jej przepełnione bólem i niedowierzaniem.
„Co jeszcze ukrywasz?” Pomyślała.
Chwilę potem Lore siedziała zamknięta w celi nie będąc w stanie się poruszyć. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła i usłyszała. Percy zdrajcą. Wątpiła by te słowa mogły przejść jej przez usta, ale nie miała siły by to sprawdzić.
Nie zwracała uwagi na to że jej mokre ubranie zaczyna zamarzać. Nie zwracała uwagi na to, że nie wie czemu jest mokra. "Zdradził.” Pomyślała. W tej chwili przez jej ciało przeszła fala gniewu. „Zapłaci za to. Choćbym miała przy tym umrzeć."
***
Nie wiedziała ile czasu tam spędziła zanim strżnicy wywlekli ją z celi i postadzili na twardym krześle w cuchnącej sali, oświetlonej tylko jedną, brudną żarówką. Potem przywiązali jej nadgarstki i kostki do siedzenia skórzanymi pasami.
- Jak samoczucie? - Zapytał pogodnie Zamaskowany, z zieloną maską, wchodząc do sali.
Lore milczała.
- Hmmm... Lepiej ci będzie ze mną rozmawiać. - Ton jego głosu się nie zmienił. - Jestem Igor. Może o mnie słyszłaś? - Nachylił się nad nią.
Miała na koʼncu języka kąśliwą uwagę, ale się powstrzymała. Miała zamiar uparcie milczeć. Tyle, że nie wiedziała czy wytrzyma...
Igor westchnął.
-Milczenie przysporzy ci jedynie bólu, ślicznotko. - Chwycił w palce jej podbródek i uniosł. - Aleś ty brudna! Taka dama powinna o siebie dbać.
"No to pięknie. Trafiłam na czubka..." Pomyślała Lore, ale znowu nie odpowiedziała.
- No to co? - Zapytał z szerokim uśmiechem. - Zaczynamy? - Odpowiedział mu jedynie dźwięk szybkiego bicia serca Lore, który w ciszy odbijł się od ścian. - Kiedy ostatnio widziałaś się ze swoim bratem? - Spytał łagodnie. Lore była ciekawa ile ma cierpliwości...
Nie odpowiedziała a Igor westchnął cicho i podszedł do strażnika. Powiedział mu coś na ucho, z uśmiechem. Oczywiście. W Lore nagle wezbrała się fala gniewu, miała ochotę zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Postanowiła zmienić taktykę.
- W towarzystwie nie mówi się na ucho. - Powiedziała głosem pewnym, ale wypranym z emocji. - I nie, nie kojarzę cię, ale to pewnie dlatego, że nie interesuję się robactwem.
Wyprostował się i spojrzał na nią. Poszerzył uśmiech.
- Zła taktyka. - Strażnik wyszedł a Igor znowu się do niej zbliżył. - Zawsze miałem słabość do blondynek. - Powiedział okręcając w palcach kosmyk jej włosów. Przeszedł ją dreszcz.
Do pomieszczenia wszedł strażnik niosąc... radio. Postawił je na ziemi a Zamaskowany je włączył i ustawił odpowiednią stacje.
- Siedziba Międzynarodowego Oddziału została zdobyta. - Spikerka mówiła szybko. W jej głosie słychać było bezsilność. - Nastąpił również atak na siedzibę Hiszpaʼnską i okolice. Szacuje się, że życie straciło około 50 osób. Nie wiadomo nic o losach żołnierzy przebywających w budynkach Oddziałów. Ludziom zaleca się ukrycie... - Igor wyłączył urządzenie.
Lore starała się nie pokazywać żadnych emocji. Od środka wszystko ją skręcało.
- Idealnie na wiadomości. W sekrecie wyjawię ci, że twoi najbliżsi przyjaciele nie mają się dobrze. - Usta Igora wygięły się w podkówkę. - Ale ty możesz skrócić ich cierpienia. Wystarczy, że wyjawisz mi gdzie ukrywa się Michael.
- Musiał wam bardzo zaleźć za skórę. - Powiedziała tylko. "Moja krew." Dodała w myślach. - A ja nie mam pojęcia gdzie on jest. Ostatnio widziałam go trzy lata temu. Przez większość czasu myślałam, że nie żyje. - Jej głos był pewny a oczy puste.
Igor zacmokał.
- Naprawdę miałem nadzieję, że będziesz współpracowała. - Powiedział po czym ją spoliczkował. - Mów pawdę, dzieczyno! - Podniósł głos.
- To jest prawda, skurwysynu! - Wrzasnęła mu w twarz. Wiedziała, że to błąd, ale miała to w nosie. Nikt nie ma prawa jej policzkować. Miała zamiar być najoporniejszym więźniem na jakiego miał okazję trafić. Mimo, że mówiła mu prawdę.
Igor zastygł na chwilę zaskoczony po czym znowu uderzył ją w twarz. Tym razem pięścią. Lore poczuła w ustach metaliczny smak krwi.
- To był błąd. - Powiedział.- I przysięgam, że go pożałujesz. - Kiwnął na strażnika a ten zbliżył się i odwiązał ją i postawił na nogi. Nie wiedziała co jej podali, ale na pewno działało dobrze. Siły ledwo jej starczyło na to, żeby utrzymać się w pionie.
Strażnik uderzył ją w brzuch. Siła ciosu zwaliła by z nóg człowieka w pełni sił... Upadła na ziemię i poczuła kopnięcie. Rozległ się dźwięk pękających żeber...
***
Znowu leżała w swojej celi. Nie miała siły by się podnieść czy chociażby ruszyć... Klatka piersiowa bolała je niemiłosiernie, pęknięte żebro uniemożliwiało głębszy wdech. Było zimno, ale nie zwracała na to uwagi. Myślała o tym, że to jej koniec.
"Umrę tutaj..." Chodziło jej po głowie.
Nie była w stanie zbliżyć się do wody czy jedzenia. Nie chciała tego...
Po kilku godzinch, które wydawały się latami, po kilku próbach snu, Lore stwierdziła, że widzi księżyc.
"Okno." Pomyślała.
Gapiła się w nie przez kilka chwil i podniosła się ciężko na rękach. Rozejrzała się po celi. Była mała, kwadatowa i ciemna.
W oknie była krata.
"Zwykłe więzienie." Przeszło jej przez myśl. "Skoro potrafię to dostrzec to znaczy, że narkotyk przestaje działać..."
Oparła się o ściane tłumiąc jęk bólu i zastanowiła się nad tym co robić.
"Dać się zabić lub uciec. Ale  jak?"
"Albo liczyć na ratunek..."
"To koniec." Pomyślała znowu. Nie ma szansy... Starała się wykrzesać z siebie choć jedną pozytywną myśl, lecz nie udało się... Była zmęczona i obolała. W tym momencie bardzo żałowała, że obraziła Igora.
Powoli osunęła się na ziemię...
***
*Kilka godzin wcześniej, baza Międzynarodowa*
- Znamy ten budynek jak nikt inny. - Szeptał Grunnie do Jaspera. - Musi być jakiś sposób by się wydostać.
- Jest w piwnicy. - Odparł zamyślony po czym pokręcił głową - Nie ma najmniejszej szansy by się tam dostać. Nie teraz, nie przy takiej ochronie.
Siedzieli zamknięci w jakiejś sali. W tym momencie przesłuchiwali byli Nando i Szimi. Zaraz mieli przyjść po nich przyjść.
- Jeżeli wejdą do tej sali będziemy skoʼnczeni. - Jęknął Grunnie z nutą paniki w głosie. - Myślisz,że dorwali Wyklętych? Lore i Percy'ego?
- Cholera, Grun. nie wiem! Daj mi chwilę na obmyślenie planu!
Jasper zawsze wyróżniał się inteligencją od swoich rówieśników, chociaż na to nie wyglądał. Zawsze był z tego dumny...
Teraz trzęsły mu się ręce  a w głowie miał blokadę.
Myśl, Jasper, myśl! Poganiał się.
W tym momencie drzwi się otworzyły. Oboje zakleli a do pomieszczenia weszła Zamaskowana. Miała żółtą maskę.
Z tego co Jasper się orientował kolory oznaczały stopnie. Najważniejszy był bordowy, potem zielony, niebieski, żółty i fioletowy. Tych ostatnich było najwięcej.
O dziwo dziewczyna weszła sama. Spod maski wystawały długie, rude włosy.
- Idziecie ze mną - Powiedziała. - Tylko bez numerów. Przysłał mnie Michael. Wyprowadzę was.
Nic nie odpowiedzieli tylko za nią wyszli patrząc po sobie. Przeszli przez pół ośrodka mijając różnych Zamaskowanych i skierowali się ku piwnicy. Tak jak przewidzieli dziewczyna zaprowadziła ich do włazu zasłaniającego odpływ ściekowy.
- Nie można się tam zgubić. - Mówiła szybko. Zaraz może się ktoś zjawić. - Michael będzie tam na was czekał. Powie wam co robić. Byle szybko.
- Dziękujemy. - Powiedział Jasper.
- Co z resztą naszych? - Zapytał szybko Grunnie.
- Wszystkich nie jestem w stanie uratować. - Uśmiechnęła się smutno. - Idźcie! - Ponagliła.
Weszli do ciemnej otchłani. Nie wiedzieli czego się spodziewać, czy tajemniczej nieznajomej można ufać... Ale czy mieli jakieś wyjście?
__________________________________________________________________________________________________________________________________

środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział siódmy.

- Nie mówiliście jak się nazywacie. - Powiedział Trevor przy kolacji do Lore i Percy'ego.
- Nazwiska nie mają ponoć dla was znaczenia. - Odparła sztywno Lorreine.
- Nie mają jeśli chodzi o twoją rodzinę. Rozumiemy, że rodziny się nie wybiera, lecz nazwisko może też świadczyć o tobie. Może to ciebie powinniśmy nie lubić a nie twojej rodziny? Jak więc brzmią wasze nazwiska? Chcę wiedzieć kogo przyjąłem pod swój dach. - Odprł twardo.
- Percy Dawlish. - Przy stole na chwilę zapadła cisza.
- Jeden z pierwszych? - Powiedział w koʼncu zaskoczony Trevor. - Gdybym wiedział nie pozwoliłbym ci tak łatwo tu zostać. Wieść o twojej śmierci musi być wielkim ciosem dla Oddziałów. - Zamyłił się na chwile po czym zapytał: -  A ty?
- Lorreine Worple.
Wszyscy przy stole zamilkli na dłużej niż chwilę.
- Siostra Michaela? - Zapytała Mina. Lore pokiwała wolno głową.- Poznałam go, kiedy dołączył do Zamaskowanych. - Powiedziała smutno. - Pomógł mi stamtąd uciec. Pociesze cię myślą, że nie zdradził Oddziałów bo tego chciał, tylko dlatego, że został do tego zmuszony.
- Najbardziej się bał, że ty dowiesz się, że zdradził i że przez to przestanie być twoim dobrym starszym bratem. - Dodała Tatum. 
Lorreine bardzo chciała się odezwać, ale bała się że zawiedzie ją głos.
Jak ja mogłam w niego wątpić? Pomyślała. Nigdy nie przestanie być moim dobrym, starszym bratem.
- Nie wiesz czy jeszcze żyje? - Spytał Percy. - W Oddziale był moim przyjacielem. 
Mina pokręciła smutno głową.
- Nie wiem, ale miał na to małe szanse. W ich szeregach szybko wyczuwa się zdradę.
- Jak go zmusili? - Spytała Lore.
Zielonooka dziewczyna spojrzała na nią smutno.
- Nie wiem do końca, ale chodziło o to, że zrobił coś co by się nie spodobało Oddziałowi. Podczas przedwojennej bitwy. Wiem też że go kimś szantażowali. Nie mówił nic więcej. W ogóle mało co mówił. 
Lorreine grzebała smutno w swoim talerzu. Straciła apatyt. Podziękowała i wstała od stołu. Znała już drogę do pokoju, w którym spała. Tuż za nią do do pokoju wszedł Percy.
- Jak się czujesz? - Spytał z troską.
- W porządku. - Powiedziała. - Tylko chciałabym wrócić do domu. A to dopiero początek. 
Percy smutno pokiwał głową. Usiadł obok niej.
- Wyjdziemy z tego. Czy raczej stąd. Wystarczy, że nam zaufają.
- Masz jakiś pomysł na wzbudzenie zaufania? - Spytała Lore. Chłopak zaprzeczył. - Więc powinniśmy się przyzwyczajać do życia bez słońca.
*** 
Lorreine gotowała makaron. Dzisiaj to jej kolej na objęcie rządów w kuchni. Teraz przyszedł czas na obiad.
Zastanawiała się skąd Trevor i jego ludzie biorą te wszystkie składniki. Niestety nie chcieli jej tego powiedzieć. Tego i tego gdzie znikają czasem na chwilę czasem na godziny, zostawiając strażnika.
Właściwie to nic o nich nie wiedziała. Kim są, czemu opuścili Zamaskowanych, jakim cudem utrzymują się tu przy życiu, kto im pomaga? Musiała ich o to zapytać, w końcu oni też domagali się wiadomości o niej i Percym. Obawiała się jednak, że nic jej nie powiedzą. Trevor miał bardzo skrytą naturę, pewnie przez to, że nie miał łatwo w życiu, nie mógł nikomu zaufać.
Dlatego tu siedziała.
Zdążyła zauważyć, że jeśli powiedzieć o jego Paczce rodzina, to za mało. Byli ze sobą zżyci i ufali sobie. Lore nie była pewna do jakiego stopnia, była jednak pewna, że był to niezbędny element do jej powstania.
- Smacznego. - Powiedziała stawiając przed nimi garnki makaronu i sosu. Sama usiadła obok Percy'ego i zaczekała aż wszyscy sobie nałożą i zabrała się za swoją porcję. Wyszło całkiem smacznie.
Tymczasem rozmowa przy stole zeszła na temat Percy'ego:
- Więc przeżyłeś całe trzy lata wojny. - Zaczął Andrew. - To całkiem sporo.
- Prawda. Jak długo wy w tym siedzicie? - Odpowiedział Percy.
- Ja dwa lata. - Odparł Andrew.
- Ale ty nie siedzisz w tym jako jedyny taki szmat czasu. - Odezwała się Tatum. - Ja też liczę trzy latka na wojnie.
- Ja też. - Odezwał się Trevor. - Mike jest z nas najmłodszy, ma tylko dziewiętnaście lat, uciekł po trzech miesiącach.
- To ma przynajmniej trzy miesiące. - Odezwała się Lorreine. - Ja jestem w tym trochę ponad tydzień.
Wszyscy odwrócili się w jej kierunku zaskoczeni.
- I wysłali cię na misję? - Spytała Lilith.
Lore uśmiechnęła się krzywo.- Wygrałam sobie wyjazd poprzez pojedynek. Miałam wybór, wiedziałam co będzie jak wygram...
- I opłaciło się. - Powiedział Luke. Lore spojrzała na niego zaskoczona.
- Masz na myśli bycie uwięzioną przez was i to że dla świata zginęłam?
- Nie. Mam na myśli, że możesz zmienić bieg wojny. Wystarczy zobaczyć ile zmienił twój brat! Ty będąc u nas możesz zrobić wiele więcej dla tej wojny niż na zewnątrz.
- Co zmienił mój brat? - Zapytała Lorreine. Zauważyła, że tu często się o nim mówi. Jeszcze nie wiedziała czy to dobrze...
- Z waszej strony niewiele, bo nie zauważyliście co działo się u nas. - Odpowiedział Trevor. - To on zapoczątkował ucieczki. Grał z Zamaskowanymi tak jak kot bawi się z myszą. Pomógł uciec większości z nas. Przypomnę, że powinno być nas więcej, ale reszta została powybijana przez Oddział, albo Zamaskowanych. Kierownictwo dostawało szału bo nie wiedziało kto nam pomaga.
- Skoro Mike jest tu od niedawna to nie wie co z Michaelem się teraz dzieje? - Spytał Percy.
Blondyn pokręcił głową.
- Nikt nie wie. Kierownictwo milczy a on nagle zniknął. Ale myślę, że to nie oni go złapali, inaczej rozgłosiłoby kto odpowiada za ucieczki, chełpiłoby się tym, że wygrali i pokazywaliby Michaela jako przestrogę, że ich nie da się oszukać, tak samo jest z Oddziałem, myślę, że to też nie oni. Cholera wie co temu człowiekowi chodzi po głowie. 
Po tych słowach nikt się nie odezwał. Dokończyli posiłek w milczeniu. Percy odezwał się dopiero jak byli w pokoju
- Powinienem ci coś powiedzieć. - Zaczął niepewnie.
Nie widząc u Lore żadnych niepokojących reakcji, powiedział:
- Pamiętasz jak mówiłem, że należę do osób, które nie wierzą w jego zdradę? Przed swoim zniknięciem powiedział mi, że wpakował się w spore kłopoty, i że musi zniknąć. Powiedział mi też, że za najpewniej ty również dołączysz do wojska. Poprosił mnie, że gdybym przeżył do tego czasu to żebym zaopiekował się tobą. - Zrobił pauzę. - I żebym powiedział ci, kiedy już wszystkiego się dowiesz, że wiele dla niego znaczyłaś, i że przeprasza cię za to zrobił bądź zrobi.
- Dlatego ze mną tutaj zostałeś. - Powiedziała Lore. Percy kiwnął głową. W jej oczach zbierały się łzy. Tak bardzo chciała go zobaczyć, dowiedzieć się całej prawdy, poznać całą historię.
- Przepraszam, że mówię ci to dopiero teraz.
- A kiedy miałeś mi powiedzieć? Wszystkiego dowiaduję się teraz. Poza tym tutaj mam dużo czasu na myślenie. Mogę wszystko dokładnie przemyśleć...
*** 
Jasper patrzył w stronę Generała. Zastanawiał się jakim trzeba być człowiekiem, by nie udzielić pomocy, albo chociaż nie spróbować jej udzielić, nie poradzić się innych. Jakim trzeba być by zabijać niewinnych?
- Przestań się gapić. - Odezwała się Robie. - Zacznie się zastanawiać o co chodzi. 
Siedzieli w czwórkę przy stole w jadalni. Czwórkę, bo Nando został przeniesiony w zamian za Kim do Międzynarodowego. Od incydentu z Wyrzutkami trzymali się razem, osobno od pozostałych Oddziałowych. Wszyscy myśleli, że opłakują Percy'ego i Lore.
- Chcę to wszystko już skończyć. - Powiedział cicho Jasper. - Nienawidzę się za to, że ich tam zostawiliśmy.
- Cicho. - Szepnął Nando. - Trochę to nieodpowiednie miejsce na wywnętrzanie się. Poza tym mają się dobrze. Nie muszą cały czas kłamać i żyć z wiedzą, która nie powinna w ogóle istnieć. Osobiście mam ochotę coś z tym wszystkim zrobić, ale nie wiem co.
- Cholera ludzie! - Odezwał się Grunnie. - Nie przy wszystkich, dobra? Wszyscy ucichli.
Jasper wstał, odniósł tackę i wyszedł na podwórko leżące na terenie Oddziału.
Popatrzył w gwiazdy.
- Szkoda, że tego nie widzisz. - Powiedział na głos.
- Nawet nie wiesz jaka. - Odpowiedziała Lore w nadajniku. - Już za tym tęsknię. Może nie mów nic na razie, bo wezmą cię za wariata mówiącego do siebie.
- Więc ty mów. - Powiedział. Lore zaśmiała się cicho.
Mimo jej sytuacji robiła to bardzo często.
-Wiedziałeś, że Percy świetnie gotuje? Zrobił dzisiaj pyszną pomidorową. Do tego znów dowiedziałam się czegoś o Michaelu. - W jej głosie usłyszał ból, który natychmiast ukryła. - Okazało się, że nie był zwykłym Zamaskowanym, był prawie, że w Kierownictwie. Cholera wie, co zrobił by się tam dostać i to na tak wysoką pozycję jaką zajął. Zastanawiam się ile jeszcze o nim nie wiem, mimo że znałam go piętnaście lat. - Westchnęła ciężko. -  No nie ważne, muszę kończyć idzie Percy. Pa! W słuchawce zaległa cisza.
Działały tak, że czuł, że osoba, z którą rozmawia jest obok, ale nie może jej zobaczyć, dotknąć. Zawiał zimny wiatr. Jasper dopiero teraz zdał sobie sprawę, że to była wyjątkowo ciepła zima. Nie było nawet śniegu. Ta myśl dodatkowo go przygnębiła.
- Nie przejmuj się tym tak. - Usłyszał głos Nando za plecami. - Zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy.
- Teraz akurat myślałem o tym, że nie ma śniegu. - Odparł Jasper. - Nie uważasz, że to dziwne? Przecież zima słynie ze śniegu. 
Nando uśmiechnął się krzywo. Jasper jakoś nie potrafił się do niego przekonać...
- Tak, to dziwne, ale w tych rejonach chyba dawno nie było srogiej zimy.
- Nie to co u mnie w domu. - Westchnął cicho. - Jestem przyzwyczajony do śniegu. Na Alasce to normalne.
- Jesteś z Alaski? To po cholerę przyjeżdżałeś do Europy? - Zapytał Zaskoczony Nando.
- Bo mnie tu przenieśli. Jestem dobrym żołnierzem. - Dodał sucho. - I spełniam rozkazy moich dowódców.
W tym momencie usłyszeli skrzypienie otwierającej się bramy.
- Kto przyjechał? - Spytał zaskoczony Nando.
- Nie mam pojęcia. Myślałem, że wszyscy są obecni i nie ma aktualnych misji. Chodźmy to sprawdzić. 
Kiedy cicho podeszli zobaczyli samochód z logo Oddziału wjeżdżający przez bramę.
- Cadwaller nie mówił nic, że ktoś ma przyjechać. - Szepnął Jasper do Nando. - A wszyscy z naszego oddziału są na kolacji, oprócz strażników.
- To popatrz. - Nando wskazał jednego strażnika leżącego obok swojej budki.  Jasper zaklął cicho.
- Musimy powiedzieć Cadwallerowi.  Po cichu wymknęli się znów do jadalni. Cadwaller siedział dalej na miejscu. Podeszli do niego.
- Generale, melduję, że przez bramę wjazdową przedostał się pojazd a nasi strażnicy są nieprzytomni. - Powiedział Jasper głośno i wyraźnie.
W jadalni zapadła cisza.
- Nie zauważyli nas, mają logo Oddziałów. - Dodał Nando.
- To na pewno nie nasi. - Odparł Generał. Podrapał się po głowie. - Prawdopodobnie to Zamaskowani. Jeśli tak to mamy problem. - Powiedział głośno w stronę sali. - Nie mamy broni, kamizelek albo choćby tarczy. Otoczą nas i będziemy na straconej pozycji... - Przerwał bo w tej chwili drzwi jadalni otworzyły się z hukiem.
Wszedł przez nie wysoki mężczyzna w bordowej masce. Cadwaller jęknął. Jasper i Nando wycofali się w szereg Oddziałowców.
- Smacznego. - Powiedział grubym głosem. Za nim weszło około dwudziestu uzbrojonych zamaskowanych ludzi, przez okno widać było jeszcze z czterdziestu takich. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Muszę przyznać, Ikerze, że jednak trochę tak. - Powiedział Cadwaller. Nie było widać jak zareagował na to przywódca Zamaskowanych, bo maska zakrywała całą twarz. Powiedział tylko:
- Nie mogę powiedzieć, że mi z tego powodu przykro. - Jego głowa okręciła się, co było znakiem, że się rozgląda. - Przybyliśmy tu z pewną sprawą. A właściwie jedną. - Kiedy to mówił jego ludzie otoczyli stoły i odbezpieczyli broń gotowi atakować. - Po pierwsze, która z dziewcząt to Lorreine Worple?
W sali zapanowała idealna cisza. Jasper zadrżał. Domyślał się, że chodzi o jej brata. W końcu odezwał się Generał:
- Nie żyje.
- Nie żyje, czy może zniknęła? Uciekła, odeszła? - Dopytywał Iker.
- Nie, zginęła. Na swojej pierwszej misji.
- Chcę zobaczyć jej ciało. 
Nando spojrzał ukradkiem na Jaspera a Grunnie chwycił Robie za rękę. Kiedy generał nie odpowiedział Zamaskowany odbezpieczył broń i wycelował z stojącą najbliżej dziewczynę. Tłum poruszył się gniewnie, wszyscy stali.
- Nie ma ciała. - Powiedział w końcu coraz bardziej spięty Generał.
- Nie ma ciała, więc nie wierze wam! - Wybuchnął gnienie Zamaskowany. - Ukrywacie ją przede mną, bo wiecie, że jest w niebezpieczeństwie ze względu na jej cholernego brata! Natychmiast chcę zobaczyć, ją albo jej ciało! Natychmiast! 
Był wściekły, teraz wycelowal w Cadwallera. Wszyscy żołnierze Oddziału znów poruszyli się niespokojnie a co za tym idzie Zamaskowani zgromadzeni na jadalni. Widząc to  ich przywódca opuścił broń, ale jej nie schował.
- Została najprawdopodobniej zeżarta przez jakieś zwierzę żyjące w waszym starym tunelu. - Powiedział Generał. Iker zaśmiał się okrutnie.
- Nie mamy żadnych opuszczonych tuneli. - Zmieniał ton. - Chcę pozostałych, którzy uczestniczyli w misji.  Nikt się nie poruszył. Zamaskowany znowu się zaśmiał. - Jesteście w marnej sytuacji, więc sprzeciw nie jest dobrym wyjściem. Jeśli zaraz nie wyjdziecie ludzie zginą wcześniej niż zamierzałem ich zabić. 
Grunnie drgnął. Nando westchnął. Jasper przełknął głośno ślinę. Wszyscy troje wyszli na środek. Za nimi wyszły Greta i Szimi.
- Potwierdzacie jej śmierć? - Spytał Iker podchodząc do nich wolno. Wszyscy pokiwali głowami.
Zamaskowany uśmiechnął się krzywo i zapytał kto jeszcze zginął.
- Ty mi odpowiedz. - Wskazał na Jaspera.
- Zginął jeszcze Percy Dawlish. - Iker drgnął.
- Ten stary wyjadacz, dał się zjeść? Myślicie, że na to pójdę!? Gadaj gdzie to było!
- W Hiszpanii, na paśmie gór Asturia. 
Ku zdziwieniu wszystkich przywódca Zamaskowanych znów wybuchnął śmiechem wykrzykując „Wyklęci!!!”. Zaraz się uspokoił i wyjaśnił swoim żołnierzom:
- W Hiszpanii ukrywają się te wyrzutki, które nam uciekły, ty wiesz o czym mówię Cadwaller, ale twoi żołnierze pewnie nie, co? - Po tych słowach znów się zaśmiał i kręcąc głową powiedział zwracając się do jednego ze swoich ludzi:
- Zabierz stąd wszystkich oprócz tej piątki i Cadwallera. I wyślij kogoś po naszych starych znajomych.
*** 
Słysząc to całe zdarzenie z słuchawkach Lore zamurowało. Oni również byli w czasie kolacji, dopiero co ją zaczęli. Wszystkie Wyrzutki, Percy i Lore zastygli gdy usłyszeli o czym rozmawiają Jasper z Nando w krzakach przy budynku jadalni. Potem było tylko gorzej. Kiedy Iker zapytał o Lorreine, dziewczyna zwinęła się z przerażenia na krześle. Czego oni ode mnie chcą?
- Chodzi o Michaela. - Powiedział Trevor. - Chcą się dowiedzieć czy się z tobą kontaktował.
- Nie musisz mi tego mówić. - Powiedziała Lore sucho. - Wystarczy mi tylko tyle, że przez to napadli na Oddział.
- Myślisz, że to przez ciebie? - Spytała Tatum. - I tak by to zrobili.
- Ale dzięki mnie mieli odpowiedni pretekst.  Kiedy na jadalni w Oddziale Zamaskowany wypytywał Jaspera o to kto jeszcze zginął i powiedział gdzie wszystko się odbyło Trevor zrobił się blady.  
- Luke, zabierz najpotrzebniejsze rzeczy. Każdy niech się spakuje. Wyjeżdżamy najszybciej jak się da. - Powiedział sucho.
- Dokąd? - Spytał Percy.
Przywódca Wyrzutków spojrzał na niego z iskierkami w oczach.
- Was to nie interesuje. Już nie ma znaczenia czy będziecie z nami czy przeciwko nam. Jeśli pójdziecie z nami przysporzycie nam tylko kłopotów. Jesteście Wolni, ale na waszym miejscu bym się gdzieś ukrył.
Zrobiło się zamieszanie. Każdy biegał i zbierał swoje rzeczy. A Lore stała obok Percy'ego, próbując przekonać go by się ruszył. Zamiast tego wrzasnął na całą grotę:
- STOP!
Wszyscy znieruchomieli patrząc na niego zdziwieni. Jego twarz przypominała maskę.
- Nie możecie się stąd ruszyć. - Oświadczył w koʼncu. - Zbyt długo was szukaliśmy.
Lorreine wciągnęła głośno powietrze a Wyklęci wytrzeszczyli oczy...
__________________________________________________________________________________________________________________________________
I jak? :D

wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział szósty.

- Wyjdę im naprzeciw. Powiem, że nie jesteście wrogami i razem zastanowimy się co robić.
- Mam cię od tak puścić w tunele? - Trevor się zaśmiał. - Po pierwsze nie ufam ci za grosz a po drugie zgubisz się.
- To niech Tatum pójdzie ze mną. - Powiedziała niechętnie.
Trevor spojrzał na dziewczynę zamyślony i powiedział:
- Zezwalam na użycie broni, Tatum. 
Dziewczyna pokiwała głową, wzięła Lore za łokieć i poprowadziła w tunel.
- Nie musisz tak ostro. - Syknęła Lore. Tatum szybko wzięła rękę.
- Przepraszam. - Powiedziała sucho.
Chodziły po tunelach prawie w całkowitych ciemnościach, Tatum miała tylko fluorescencyjne laski. Po około dziesięciu minutach usłyszały stłumione głosy. Lore poczuła ulgę. Nic im się nie stało.
Tatum podała Lore jasną pałeczkę, szepnęła, że tylko popatrzy i skryła się w cieniu.
- To wy? - Lorreine spytała głupio. Szepty natychmiast ucichły.
- Lorreine? - Spytał głos Percy'ego.
- Tak, to ja. - Usłyszała szybkie kroki i zobaczyła Percy'ego w słabym świetle pałeczki. Na jej widok uśmiechnął się szeroko.
- Tak się martwiłem. - Uścisnął Lore mocno, zaskakująco. Chyba zdał sobie z tego sprawę, bo odsunął się szybko. - Wszystko w porządku? - Spytał bo zauważył, że Lore nie ma już na sobie munduru, tylko wyciągniętą koszulkę i obdarte, obcięte jeansy.
- W sumie to tak, ale wyjaśnię wam później. Pod jednym warunkiem: Schowajcie broń i pod żadnym warunkiem jej nie wyciągajcie, dobrze? - Chłopaki pokiwali głowami.
W tym momencie z cienia wyszła Tatum. Jasper, Grunnie, Nando i Percy odruchowo sięgnęli po broń. Lore odchrząknęła, a oni się opanowali.
- Chodźcie. - Powiedziała Tatum sucho.
***
- Nie miałem pojęcia! - Powiedział szczerze zdziwiony Percy. - Cholera, tyle dla nich zrobiłem, od dużej większości jestem w Oddziale dłużej, a oni tak mi się odpłacają?! Niech no ja tylko wrócę na górę... 
Siedzieli w obszernym pokoju razem z wszystkimi Wyrzutkami, jak to siebie nazywali. Cała czwórka nowo przybyłych siedziała w milczeniu, głęboko zamyślona.
- Więc, co z nami zrobicie? - Spytał Jasper. - Jest was więcej, macie broń i coś dzięki czemu widzicie w tych przeklętych tunelach, to jasne, że macie przewagę, powiedzcie nam chociaż jakie macie wobec nas plany.
Trevor zamyślił się.
- Miałem nadzieję, że nam pomożecie. - Uśmiechnął się lekko. - Postawcie się na naszym miejscu.
- Najłatwiej byłoby nas zabić. - Powiedział Jasper, ale dodał potem szybko. - O ile nie macie sumienia.
- Albo możecie nam zaufać, wypuścić a my zawalczymy o was w Oddziale, zapewnimy ochronę. - Powiedział Nando.
- Nie ma szans. - Odparł szybko Trevor. - Prędzej zdradzę swoją grupę niż zaufam wam bez podstaw. - Zrobił krótką przerwę. - Andrew pokaże wam gdzie będziecie spać. Jutro zadecydujemy co dalej.
*** 
Dla bezpieczeństwa zostali podzieleni na trzy grupy: Lore spała w pokoju z Percym,  Grunnie z Jasperem a Nando sam. Żeby nie knuli razem planów ucieczki. Ale nawet im to nie przyszło do głowy. Byli zbyt wstrząśnięci faktem, że Oddział ich wszystkich oszukał.
Najbardziej trafiło to Percy'ego.
- Niech no ja się tylko stąd wydostane. - Mruczał pod nosem. - Cadwaller pożałuje, lepiej, żeby miał poważny powód, dla okłamywania wszystkich Oddziałów i jego żołnierzy. Ja mu pokażę... 
Lore ziewnęła i zwinęła się na materacu, zamknęła oczy i już miała zasnąć gdy odezwał się głos Percy'ego:
- Jak ty możesz teraz spać?
- Boli mnie głowa, jestem naćpana lekami przeciw bólowymi i miałam ciężki dzień. - Odpowiedziała zgryźliwie. - Jestem śpiąca.
- Tyle się wydarzyło! Nie martwisz się?
- O co? Co z nami zrobią? - Prychnęła. - Czemu mamy martwić się o jutro? Przysporzy nam to tylko zmartwień. Wojna cię tego nauczyła, martwienia o jutro? Wszyscy martwią się o przyszłość a „Co ma być to będzie, a kiedy już będzie to trzeba się z tym zmierzyć.” 
Percy zamyślił się.
- Gdybyśmy nie martwili się o jutro, wojna nie miała by końca.
- Mylisz, się. Walcząc o to co jest teraz, walczysz o to co będzie. Poza tym walczymy nie po to by jutro było lepsze, tylko po to by ludzie byli bezpieczni, żeby nie zasypiali z myślą, że mogą się obudzić z poderżniętymi gardłami. Od trzech lat każdy martwi się o życie, że obudzi ich huk bomb i strzelanina. Wojujemy po ty by przestali się tym dręczyć.
- Właśnie, walczymy o to aby nie musieć się martwić o jutro. Ty się go nie boisz, ale nie uwierzę, że nie martwisz się o tym, że twoje życie jest w rękach Wyrzutków.
- Trevor jest mądrym i dobrym przywódcą. - Powiedziała powoli. - Jest oddany swojej bandzie, zrobi wszystko by nic im się nie stało. Już lepiej zginąć z rąk kogoś o dobrym sercu, niż kogoś kto ignoruje i próbuje zabić niewinnych ludzi, jak Cadwaller.
Percy nie odezwał się. Lorreine wiedziała, że myślał o ich Generale.
- I co ja mam teraz zrobić? - Wykrztusił w końcu. - Nie mogę już służyć Cadwallerowi, nie chcę odchodzić z wojska, nie chcę też zmieniać Oddziału bo międzynarodowy jest najlepszy a do tego to i tak nic nie zmieni, dalej będę oszukiwany bo główną władzę i tak ma Cadwaller.
- Z czasem wszystko wymaga jakiegoś poświęcenia. - Szepnęła Lore.
***
- Nie możecie z nami zostać. - Odparł stanowczo Trevor. - Już i tak ledwo dajemy radę z zapotrzebowaniem, poza tym nad naszym wejściem zbiera się grupa ratownicza Oddziału.
- Gdybyście wypuścili jednego z naszych, żeby powiedział, że nic tam nie i że resztę zeżarły dzikie zwierzęta nie byłoby problemu. Albo jeszcze lepiej wypuście nas wszystkich!
- Powiedział Nando. - Nie wydamy was, możemy wam tylko pomóc.
- A dlaczego mielibyście to robić? - Spytała Mina, dziewczyna z grupy Trevora.
- Bo nie jesteśmy Cadwallerem. - Powiedział sucho Jasper.
- A poza tym nie jesteśmy głupi. - Dodał Grunnie. - I wy też nie jesteście. Wiecie ile mielibyście korzyści z piątki sojuszników na górze.
- Nie możemy wam ufać. - Powtórzył twardo Trevor. - Nie mamy podstaw. Mamy tylko złe doświadczenia z Oddziałowcami.
- Więc wyjaśnijcie jak mamy wam udowodnić, że możecie nam zaufać. - Odezwała się Lorreine.
Trevor spojrzał po twarzach ludzi ze swojej grupy. Luke kiwnął głową.
- Powiedzcie coś co jest tajne.
- A skąd pewność, że nie pomożemy Zamaskowanym? - Odezwał się szybko Percy. Trevor uśmiechnął się. Westchnął i powiedział:
- Widzicie jak ważne jest zaufanie i jak przeszkadzający jest jego brak? Zróbmy tak, wypuścimy was, ale dla pewności, że nie zrobicie czegoś głupiego, dziewczyna zostanie z nami. Powiecie, że znaleźliście tylko jej rzeczy. Nie ma szans na to że żyje.
Wszyscy naraz zaczęli mówić.
- To nie do zrobienia.
- Nie zostawimy jej tak tu.
- Z wami? A skąd będziemy wiedzieć, że nic jej nie jest?
- To nie do zrobienia!
Trevor uśmiechnął się krzywo.
- Damy wam nadajniki dzięki, którym będziecie się z nami kontaktować i vice versa. Gdy tylko usłyszymy, że ktoś niewłaściwy dowiaduje się o czymkolwiek o czym wiedzieć nie powinien, zabijemy ją. Lore będzie miała nadajnik cały czas przy sobie więc będziecie wiedzieli co z nią. 
Nikt się nie odzywał.
- Czemu ja? - Spytała Lorreine. -To złamie moim rodzicom serce. Na tej wojnie zginął też ich syn, mój brat. Chcę wiedzieć czemu ja.
- Bo ty jesteś dla nich ważna. - Odparł Andrew. - Najmłodsza, najświeższa, najbardziej niewinna. Nikt nie chce by stała ci się krzywda. 
Lore uśmiechnęła się krzywo. Pokiwała głową.
- Nie! Nie zgadzam się. - Odezwał się Percy. - Nie zostawię cię tu z nimi samej. - Zwrócił się do Trevora. - Mogę zostać zamiast niej? 
Chłopak pokręcił głową.
- Lubie ją, nie zrobi nam krzywdy. Jest wiele powodów dlaczego akurat ona, ale możesz zostać z nią. 
Ludzie z jego grupy zaczęli pomrukiwać groźnie.
- Cisza! Skoro ma to wam pomóc to zgodzę się na takie warunki.
Wszyscy ucichli. Popatrzyli smutno i przepraszająco to na Lore to na Percy'ego. Wiedzieli, że nie ma innego rozwiązania...
- No to musimy ruszać. Zanim wyruszy grupa ratownicza. - Odezwał się Nando.
Percy powoli pokiwał głową.
Nagle odezwał się Grunnie:
- Mogę opowiedzieć o tym wszystkim mojej dziewczynie? Nie mamy przed sobą tajemnic a do tego jest przyjaciółką Lore, załamałaby się gdy dowiedziała się że ona nie żyje. Nazywa się Maggie Robins.
- Z Ohio? - Spytała Lilith.
- Tak, a co? - Odpowiedział podejrzliwie Grunnie.
- Pozdrów ja ode mnie. - Uśmiechnęła się. - Chodziłyśmy razem do podstawówki.
- Czyli można jej zaufać? - Dopytywał się Trevor.
- W podstawówce można było.
- Więc dobrze. - Westchnął. Zwrócił się do Lore. - Po wojnie odzyskasz wolność. Lub gdy zyskacie moje pełne zaufanie. Przygotować nadajniki! - Krzyknął przez sale do Luka.
Chłopak kiwnął głową i pobiegł tunelem. Po chili wrócił niosąc na rękach woreczki foliowe.
- Wsadza się to do ucha. - Tłumaczył. Lore i Percy też dostali po zestawie. - Jest niewidoczny i głęboko ukryty wasze słuchawki z Oddziału mu nie przeszkadzają. Każdy z nas ma takie nieustannie, wy też ich nie wyjmujcie. - Podał Grunniemu dwie pary. - To dla Maggie. - Wyjaśnił.
Każdy wyjął małą słuchawkę i wsadził do prawego ucha.
***
- Nie wiem co to było, Generale. Widzieliśmy tylko ich porozrzucane i rozszarpane rzeczy. - Mówił Jasper.
- Gdybyście mnie posłuchali i nie wchodzili do tej przeklętej dziury nikt by nie zginął. - Odpowiedziała Generał. - Kto wpadł na ten głupi pomysł, żeby się rozdzielić?
- Percy, proszę pani. - Odpowiedział Nando.
- Udało wam się przynajmniej zbadać te korytarze? - Weschnęła zrezygnowana.
- Tak, pani Generał. - Odparł Grunnie. - Nic tam nie ma. Ta dziura musiała pozostać po ich dawnej kryjówce. Tam nic nie ma.
Lore słuchała sprawozdania chłopaków przez słuchawkę. Były bardzo wysoko  zaawansowane technicznie. Reagowały na głos, mogły połączyć cię z każdym kto miał podobną w uchu. Siedziała pod ścianą w pokoju, który można było nazwać głównym. Tu odbywały się narady, spotkania, posiłki. Lorreine była przygnębiona, wszystko poszło zgodnie z planem. Wszyscy myśleli, że nie żyje.
Moi biedni rodzice...  Myślała. W tym momencie obok niej usiadł Percy. Bez słowa słuchali, jak ich przyjaciele opowiadają kłamstwa, ratujące im życie. Kiedy ich oddelegowano, Lore z trudem powstrzymała łzy. Położyła głowę na ramieniu swojego druha, on w milczeniu objął ją i tak siedzieli myśląc o tym, że dla świata umarli...
__________________________________________________________________________________________________________________________________
I jak się podoba? Bardzo ładnie proszę o opinię :D
Następnego rodiału możn się spodziewać w środę :)