środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział siódmy.

- Nie mówiliście jak się nazywacie. - Powiedział Trevor przy kolacji do Lore i Percy'ego.
- Nazwiska nie mają ponoć dla was znaczenia. - Odparła sztywno Lorreine.
- Nie mają jeśli chodzi o twoją rodzinę. Rozumiemy, że rodziny się nie wybiera, lecz nazwisko może też świadczyć o tobie. Może to ciebie powinniśmy nie lubić a nie twojej rodziny? Jak więc brzmią wasze nazwiska? Chcę wiedzieć kogo przyjąłem pod swój dach. - Odprł twardo.
- Percy Dawlish. - Przy stole na chwilę zapadła cisza.
- Jeden z pierwszych? - Powiedział w koʼncu zaskoczony Trevor. - Gdybym wiedział nie pozwoliłbym ci tak łatwo tu zostać. Wieść o twojej śmierci musi być wielkim ciosem dla Oddziałów. - Zamyłił się na chwile po czym zapytał: -  A ty?
- Lorreine Worple.
Wszyscy przy stole zamilkli na dłużej niż chwilę.
- Siostra Michaela? - Zapytała Mina. Lore pokiwała wolno głową.- Poznałam go, kiedy dołączył do Zamaskowanych. - Powiedziała smutno. - Pomógł mi stamtąd uciec. Pociesze cię myślą, że nie zdradził Oddziałów bo tego chciał, tylko dlatego, że został do tego zmuszony.
- Najbardziej się bał, że ty dowiesz się, że zdradził i że przez to przestanie być twoim dobrym starszym bratem. - Dodała Tatum. 
Lorreine bardzo chciała się odezwać, ale bała się że zawiedzie ją głos.
Jak ja mogłam w niego wątpić? Pomyślała. Nigdy nie przestanie być moim dobrym, starszym bratem.
- Nie wiesz czy jeszcze żyje? - Spytał Percy. - W Oddziale był moim przyjacielem. 
Mina pokręciła smutno głową.
- Nie wiem, ale miał na to małe szanse. W ich szeregach szybko wyczuwa się zdradę.
- Jak go zmusili? - Spytała Lore.
Zielonooka dziewczyna spojrzała na nią smutno.
- Nie wiem do końca, ale chodziło o to, że zrobił coś co by się nie spodobało Oddziałowi. Podczas przedwojennej bitwy. Wiem też że go kimś szantażowali. Nie mówił nic więcej. W ogóle mało co mówił. 
Lorreine grzebała smutno w swoim talerzu. Straciła apatyt. Podziękowała i wstała od stołu. Znała już drogę do pokoju, w którym spała. Tuż za nią do do pokoju wszedł Percy.
- Jak się czujesz? - Spytał z troską.
- W porządku. - Powiedziała. - Tylko chciałabym wrócić do domu. A to dopiero początek. 
Percy smutno pokiwał głową. Usiadł obok niej.
- Wyjdziemy z tego. Czy raczej stąd. Wystarczy, że nam zaufają.
- Masz jakiś pomysł na wzbudzenie zaufania? - Spytała Lore. Chłopak zaprzeczył. - Więc powinniśmy się przyzwyczajać do życia bez słońca.
*** 
Lorreine gotowała makaron. Dzisiaj to jej kolej na objęcie rządów w kuchni. Teraz przyszedł czas na obiad.
Zastanawiała się skąd Trevor i jego ludzie biorą te wszystkie składniki. Niestety nie chcieli jej tego powiedzieć. Tego i tego gdzie znikają czasem na chwilę czasem na godziny, zostawiając strażnika.
Właściwie to nic o nich nie wiedziała. Kim są, czemu opuścili Zamaskowanych, jakim cudem utrzymują się tu przy życiu, kto im pomaga? Musiała ich o to zapytać, w końcu oni też domagali się wiadomości o niej i Percym. Obawiała się jednak, że nic jej nie powiedzą. Trevor miał bardzo skrytą naturę, pewnie przez to, że nie miał łatwo w życiu, nie mógł nikomu zaufać.
Dlatego tu siedziała.
Zdążyła zauważyć, że jeśli powiedzieć o jego Paczce rodzina, to za mało. Byli ze sobą zżyci i ufali sobie. Lore nie była pewna do jakiego stopnia, była jednak pewna, że był to niezbędny element do jej powstania.
- Smacznego. - Powiedziała stawiając przed nimi garnki makaronu i sosu. Sama usiadła obok Percy'ego i zaczekała aż wszyscy sobie nałożą i zabrała się za swoją porcję. Wyszło całkiem smacznie.
Tymczasem rozmowa przy stole zeszła na temat Percy'ego:
- Więc przeżyłeś całe trzy lata wojny. - Zaczął Andrew. - To całkiem sporo.
- Prawda. Jak długo wy w tym siedzicie? - Odpowiedział Percy.
- Ja dwa lata. - Odparł Andrew.
- Ale ty nie siedzisz w tym jako jedyny taki szmat czasu. - Odezwała się Tatum. - Ja też liczę trzy latka na wojnie.
- Ja też. - Odezwał się Trevor. - Mike jest z nas najmłodszy, ma tylko dziewiętnaście lat, uciekł po trzech miesiącach.
- To ma przynajmniej trzy miesiące. - Odezwała się Lorreine. - Ja jestem w tym trochę ponad tydzień.
Wszyscy odwrócili się w jej kierunku zaskoczeni.
- I wysłali cię na misję? - Spytała Lilith.
Lore uśmiechnęła się krzywo.- Wygrałam sobie wyjazd poprzez pojedynek. Miałam wybór, wiedziałam co będzie jak wygram...
- I opłaciło się. - Powiedział Luke. Lore spojrzała na niego zaskoczona.
- Masz na myśli bycie uwięzioną przez was i to że dla świata zginęłam?
- Nie. Mam na myśli, że możesz zmienić bieg wojny. Wystarczy zobaczyć ile zmienił twój brat! Ty będąc u nas możesz zrobić wiele więcej dla tej wojny niż na zewnątrz.
- Co zmienił mój brat? - Zapytała Lorreine. Zauważyła, że tu często się o nim mówi. Jeszcze nie wiedziała czy to dobrze...
- Z waszej strony niewiele, bo nie zauważyliście co działo się u nas. - Odpowiedział Trevor. - To on zapoczątkował ucieczki. Grał z Zamaskowanymi tak jak kot bawi się z myszą. Pomógł uciec większości z nas. Przypomnę, że powinno być nas więcej, ale reszta została powybijana przez Oddział, albo Zamaskowanych. Kierownictwo dostawało szału bo nie wiedziało kto nam pomaga.
- Skoro Mike jest tu od niedawna to nie wie co z Michaelem się teraz dzieje? - Spytał Percy.
Blondyn pokręcił głową.
- Nikt nie wie. Kierownictwo milczy a on nagle zniknął. Ale myślę, że to nie oni go złapali, inaczej rozgłosiłoby kto odpowiada za ucieczki, chełpiłoby się tym, że wygrali i pokazywaliby Michaela jako przestrogę, że ich nie da się oszukać, tak samo jest z Oddziałem, myślę, że to też nie oni. Cholera wie co temu człowiekowi chodzi po głowie. 
Po tych słowach nikt się nie odezwał. Dokończyli posiłek w milczeniu. Percy odezwał się dopiero jak byli w pokoju
- Powinienem ci coś powiedzieć. - Zaczął niepewnie.
Nie widząc u Lore żadnych niepokojących reakcji, powiedział:
- Pamiętasz jak mówiłem, że należę do osób, które nie wierzą w jego zdradę? Przed swoim zniknięciem powiedział mi, że wpakował się w spore kłopoty, i że musi zniknąć. Powiedział mi też, że za najpewniej ty również dołączysz do wojska. Poprosił mnie, że gdybym przeżył do tego czasu to żebym zaopiekował się tobą. - Zrobił pauzę. - I żebym powiedział ci, kiedy już wszystkiego się dowiesz, że wiele dla niego znaczyłaś, i że przeprasza cię za to zrobił bądź zrobi.
- Dlatego ze mną tutaj zostałeś. - Powiedziała Lore. Percy kiwnął głową. W jej oczach zbierały się łzy. Tak bardzo chciała go zobaczyć, dowiedzieć się całej prawdy, poznać całą historię.
- Przepraszam, że mówię ci to dopiero teraz.
- A kiedy miałeś mi powiedzieć? Wszystkiego dowiaduję się teraz. Poza tym tutaj mam dużo czasu na myślenie. Mogę wszystko dokładnie przemyśleć...
*** 
Jasper patrzył w stronę Generała. Zastanawiał się jakim trzeba być człowiekiem, by nie udzielić pomocy, albo chociaż nie spróbować jej udzielić, nie poradzić się innych. Jakim trzeba być by zabijać niewinnych?
- Przestań się gapić. - Odezwała się Robie. - Zacznie się zastanawiać o co chodzi. 
Siedzieli w czwórkę przy stole w jadalni. Czwórkę, bo Nando został przeniesiony w zamian za Kim do Międzynarodowego. Od incydentu z Wyrzutkami trzymali się razem, osobno od pozostałych Oddziałowych. Wszyscy myśleli, że opłakują Percy'ego i Lore.
- Chcę to wszystko już skończyć. - Powiedział cicho Jasper. - Nienawidzę się za to, że ich tam zostawiliśmy.
- Cicho. - Szepnął Nando. - Trochę to nieodpowiednie miejsce na wywnętrzanie się. Poza tym mają się dobrze. Nie muszą cały czas kłamać i żyć z wiedzą, która nie powinna w ogóle istnieć. Osobiście mam ochotę coś z tym wszystkim zrobić, ale nie wiem co.
- Cholera ludzie! - Odezwał się Grunnie. - Nie przy wszystkich, dobra? Wszyscy ucichli.
Jasper wstał, odniósł tackę i wyszedł na podwórko leżące na terenie Oddziału.
Popatrzył w gwiazdy.
- Szkoda, że tego nie widzisz. - Powiedział na głos.
- Nawet nie wiesz jaka. - Odpowiedziała Lore w nadajniku. - Już za tym tęsknię. Może nie mów nic na razie, bo wezmą cię za wariata mówiącego do siebie.
- Więc ty mów. - Powiedział. Lore zaśmiała się cicho.
Mimo jej sytuacji robiła to bardzo często.
-Wiedziałeś, że Percy świetnie gotuje? Zrobił dzisiaj pyszną pomidorową. Do tego znów dowiedziałam się czegoś o Michaelu. - W jej głosie usłyszał ból, który natychmiast ukryła. - Okazało się, że nie był zwykłym Zamaskowanym, był prawie, że w Kierownictwie. Cholera wie, co zrobił by się tam dostać i to na tak wysoką pozycję jaką zajął. Zastanawiam się ile jeszcze o nim nie wiem, mimo że znałam go piętnaście lat. - Westchnęła ciężko. -  No nie ważne, muszę kończyć idzie Percy. Pa! W słuchawce zaległa cisza.
Działały tak, że czuł, że osoba, z którą rozmawia jest obok, ale nie może jej zobaczyć, dotknąć. Zawiał zimny wiatr. Jasper dopiero teraz zdał sobie sprawę, że to była wyjątkowo ciepła zima. Nie było nawet śniegu. Ta myśl dodatkowo go przygnębiła.
- Nie przejmuj się tym tak. - Usłyszał głos Nando za plecami. - Zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy.
- Teraz akurat myślałem o tym, że nie ma śniegu. - Odparł Jasper. - Nie uważasz, że to dziwne? Przecież zima słynie ze śniegu. 
Nando uśmiechnął się krzywo. Jasper jakoś nie potrafił się do niego przekonać...
- Tak, to dziwne, ale w tych rejonach chyba dawno nie było srogiej zimy.
- Nie to co u mnie w domu. - Westchnął cicho. - Jestem przyzwyczajony do śniegu. Na Alasce to normalne.
- Jesteś z Alaski? To po cholerę przyjeżdżałeś do Europy? - Zapytał Zaskoczony Nando.
- Bo mnie tu przenieśli. Jestem dobrym żołnierzem. - Dodał sucho. - I spełniam rozkazy moich dowódców.
W tym momencie usłyszeli skrzypienie otwierającej się bramy.
- Kto przyjechał? - Spytał zaskoczony Nando.
- Nie mam pojęcia. Myślałem, że wszyscy są obecni i nie ma aktualnych misji. Chodźmy to sprawdzić. 
Kiedy cicho podeszli zobaczyli samochód z logo Oddziału wjeżdżający przez bramę.
- Cadwaller nie mówił nic, że ktoś ma przyjechać. - Szepnął Jasper do Nando. - A wszyscy z naszego oddziału są na kolacji, oprócz strażników.
- To popatrz. - Nando wskazał jednego strażnika leżącego obok swojej budki.  Jasper zaklął cicho.
- Musimy powiedzieć Cadwallerowi.  Po cichu wymknęli się znów do jadalni. Cadwaller siedział dalej na miejscu. Podeszli do niego.
- Generale, melduję, że przez bramę wjazdową przedostał się pojazd a nasi strażnicy są nieprzytomni. - Powiedział Jasper głośno i wyraźnie.
W jadalni zapadła cisza.
- Nie zauważyli nas, mają logo Oddziałów. - Dodał Nando.
- To na pewno nie nasi. - Odparł Generał. Podrapał się po głowie. - Prawdopodobnie to Zamaskowani. Jeśli tak to mamy problem. - Powiedział głośno w stronę sali. - Nie mamy broni, kamizelek albo choćby tarczy. Otoczą nas i będziemy na straconej pozycji... - Przerwał bo w tej chwili drzwi jadalni otworzyły się z hukiem.
Wszedł przez nie wysoki mężczyzna w bordowej masce. Cadwaller jęknął. Jasper i Nando wycofali się w szereg Oddziałowców.
- Smacznego. - Powiedział grubym głosem. Za nim weszło około dwudziestu uzbrojonych zamaskowanych ludzi, przez okno widać było jeszcze z czterdziestu takich. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Muszę przyznać, Ikerze, że jednak trochę tak. - Powiedział Cadwaller. Nie było widać jak zareagował na to przywódca Zamaskowanych, bo maska zakrywała całą twarz. Powiedział tylko:
- Nie mogę powiedzieć, że mi z tego powodu przykro. - Jego głowa okręciła się, co było znakiem, że się rozgląda. - Przybyliśmy tu z pewną sprawą. A właściwie jedną. - Kiedy to mówił jego ludzie otoczyli stoły i odbezpieczyli broń gotowi atakować. - Po pierwsze, która z dziewcząt to Lorreine Worple?
W sali zapanowała idealna cisza. Jasper zadrżał. Domyślał się, że chodzi o jej brata. W końcu odezwał się Generał:
- Nie żyje.
- Nie żyje, czy może zniknęła? Uciekła, odeszła? - Dopytywał Iker.
- Nie, zginęła. Na swojej pierwszej misji.
- Chcę zobaczyć jej ciało. 
Nando spojrzał ukradkiem na Jaspera a Grunnie chwycił Robie za rękę. Kiedy generał nie odpowiedział Zamaskowany odbezpieczył broń i wycelował z stojącą najbliżej dziewczynę. Tłum poruszył się gniewnie, wszyscy stali.
- Nie ma ciała. - Powiedział w końcu coraz bardziej spięty Generał.
- Nie ma ciała, więc nie wierze wam! - Wybuchnął gnienie Zamaskowany. - Ukrywacie ją przede mną, bo wiecie, że jest w niebezpieczeństwie ze względu na jej cholernego brata! Natychmiast chcę zobaczyć, ją albo jej ciało! Natychmiast! 
Był wściekły, teraz wycelowal w Cadwallera. Wszyscy żołnierze Oddziału znów poruszyli się niespokojnie a co za tym idzie Zamaskowani zgromadzeni na jadalni. Widząc to  ich przywódca opuścił broń, ale jej nie schował.
- Została najprawdopodobniej zeżarta przez jakieś zwierzę żyjące w waszym starym tunelu. - Powiedział Generał. Iker zaśmiał się okrutnie.
- Nie mamy żadnych opuszczonych tuneli. - Zmieniał ton. - Chcę pozostałych, którzy uczestniczyli w misji.  Nikt się nie poruszył. Zamaskowany znowu się zaśmiał. - Jesteście w marnej sytuacji, więc sprzeciw nie jest dobrym wyjściem. Jeśli zaraz nie wyjdziecie ludzie zginą wcześniej niż zamierzałem ich zabić. 
Grunnie drgnął. Nando westchnął. Jasper przełknął głośno ślinę. Wszyscy troje wyszli na środek. Za nimi wyszły Greta i Szimi.
- Potwierdzacie jej śmierć? - Spytał Iker podchodząc do nich wolno. Wszyscy pokiwali głowami.
Zamaskowany uśmiechnął się krzywo i zapytał kto jeszcze zginął.
- Ty mi odpowiedz. - Wskazał na Jaspera.
- Zginął jeszcze Percy Dawlish. - Iker drgnął.
- Ten stary wyjadacz, dał się zjeść? Myślicie, że na to pójdę!? Gadaj gdzie to było!
- W Hiszpanii, na paśmie gór Asturia. 
Ku zdziwieniu wszystkich przywódca Zamaskowanych znów wybuchnął śmiechem wykrzykując „Wyklęci!!!”. Zaraz się uspokoił i wyjaśnił swoim żołnierzom:
- W Hiszpanii ukrywają się te wyrzutki, które nam uciekły, ty wiesz o czym mówię Cadwaller, ale twoi żołnierze pewnie nie, co? - Po tych słowach znów się zaśmiał i kręcąc głową powiedział zwracając się do jednego ze swoich ludzi:
- Zabierz stąd wszystkich oprócz tej piątki i Cadwallera. I wyślij kogoś po naszych starych znajomych.
*** 
Słysząc to całe zdarzenie z słuchawkach Lore zamurowało. Oni również byli w czasie kolacji, dopiero co ją zaczęli. Wszystkie Wyrzutki, Percy i Lore zastygli gdy usłyszeli o czym rozmawiają Jasper z Nando w krzakach przy budynku jadalni. Potem było tylko gorzej. Kiedy Iker zapytał o Lorreine, dziewczyna zwinęła się z przerażenia na krześle. Czego oni ode mnie chcą?
- Chodzi o Michaela. - Powiedział Trevor. - Chcą się dowiedzieć czy się z tobą kontaktował.
- Nie musisz mi tego mówić. - Powiedziała Lore sucho. - Wystarczy mi tylko tyle, że przez to napadli na Oddział.
- Myślisz, że to przez ciebie? - Spytała Tatum. - I tak by to zrobili.
- Ale dzięki mnie mieli odpowiedni pretekst.  Kiedy na jadalni w Oddziale Zamaskowany wypytywał Jaspera o to kto jeszcze zginął i powiedział gdzie wszystko się odbyło Trevor zrobił się blady.  
- Luke, zabierz najpotrzebniejsze rzeczy. Każdy niech się spakuje. Wyjeżdżamy najszybciej jak się da. - Powiedział sucho.
- Dokąd? - Spytał Percy.
Przywódca Wyrzutków spojrzał na niego z iskierkami w oczach.
- Was to nie interesuje. Już nie ma znaczenia czy będziecie z nami czy przeciwko nam. Jeśli pójdziecie z nami przysporzycie nam tylko kłopotów. Jesteście Wolni, ale na waszym miejscu bym się gdzieś ukrył.
Zrobiło się zamieszanie. Każdy biegał i zbierał swoje rzeczy. A Lore stała obok Percy'ego, próbując przekonać go by się ruszył. Zamiast tego wrzasnął na całą grotę:
- STOP!
Wszyscy znieruchomieli patrząc na niego zdziwieni. Jego twarz przypominała maskę.
- Nie możecie się stąd ruszyć. - Oświadczył w koʼncu. - Zbyt długo was szukaliśmy.
Lorreine wciągnęła głośno powietrze a Wyklęci wytrzeszczyli oczy...
__________________________________________________________________________________________________________________________________
I jak? :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz