poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział trzeci.

Lore cieszyła się swoim łóżkiem Oddziałowym zaledwie cztery noce.
Teraz chodziła po pokoju zbierając najważniejsze rzeczy. Była druga nad ranem. Wiedziała, że powinna to zrobić wczoraj wieczorem, ale jakoś nie mogła się za to zabrać. Poza tym i tak nie mogła spać. Za półtorej godziny miała się stawić przed wejściem głównym budynku Oddziału. Jak tylko myślała o tym co ją czeka, jej wnętrzności skręcały się w supeł.
Brutalnie obudzona Charlie, jej koleżanka z pokoju, podniosła się na łokciach w swoim łóżku.
- Nie możesz pakować się ciszej? - Powiedziała zaspana.
- Przepraszam. - Szepnęła Lore, bo Liz jeszcze spała. - Ale i tak macie za cztery godziny zbiórkę. 
Charlie prychnęła.
- I tak większość ludzi wstanie na 3.30 pożegnać grupę swoich bohaterów.
- Tym lepiej, że cię obudziłam. - Powiedziała Lorreine zapinając swój plecak.
Zaczęła wkładać swój mundur wyjściowy. Szaro granatowy. Musieli w nich jechać. Lore przyznała, że przynajmniej kolory jej odpowiadają. W granatowym jej blada cera będzie wyglądać jeszcze trupiej, ale przynajmniej podkreślał jej zielone oczy a szary ładnie wyglądał z blond włosami. Podeszła ubrana do lustra wiszącego na drzwiach ich pokoju, spięła swoje długie włosy w koński ogon żałując, że nie może się pomalować. Po nieprzespanych nocach wyglądała jak upiór.
- Nie jest źle. - Odezwała się Liz ze swojego łóżka. - Słyszałam, że faceci lecą na kobiety w mundurach. - Uśmiechnęła się zalotnie.
- Chyba na odwrót. - Stwierdziła Charlie. - Poza tym jesteśmy w wojsku, tu jest mnóstwo mundurów.
Lore westchnęła zrezygnowana.
- Jesteście na wojnie i cały czas o jednym. - Potem uśmiechnęła się. - Co nie zmienia faktu, że jadę z dwoma najprzystojniejszymi facetami z Oddziału na misję.
***
Przed budynkiem była pięć minut przed czasem. Tak jak mówiła Charlie stała tam duża większość Oddziałowych. Lore wrzuciła swój plecak do bagażnika Jeepa a Jasper podał jej broń.
- Dzięki. - Powiedziała chowając pistolet. Jasper był kiedyś wokalistą w rockowym zespole. Wyglądał dokładnie jak Jamie Campbell Bower; dłuższe jasne włosy i jasne oczy. Aktualnie miał pod nimi ciemne sińce; oznaki niewyspania.
Widać nie tylko ja tak przejmowałam się wyjazdem. - Pomyślała Lore.
- To masz wsadzić do buta. - Podał Lorreine sztylet. - W razie gdyby zbrakło naboi. - Uśmiechnął się słabo i odszedł podać broń Szimi, która właśnie się zjawiła. Czyli byli już wszyscy.
Z szeregów zgromadzonych wyszedł Generał Cadwaller.
- Żałuję, że nie mogę z wami jechać. - Generał stracił nogę leżąc w szpitalu, w dniu rozpoczęcia wojny. - Pozostaje mi życzyć wam powodzenia, moi drodzy. Wiedzcie, że wyniki tej wyprawy mogą przynieść nam wybawienie. Już zostaliście naszymi bohaterami. Niech Bóg będzie z wami. 
Po tych słowach niwielki tłum zaczął klaskać. Generał uścisnął dłonie uczestnikom wyprawy, przy Lorreine zatrzymał się i spojrzał jej w oczy.
- Mam nadzieję, że nie wdasz się w brata. - Po czym szybko dodał: – I przeżyjesz w chwale. 
Do jeepa włożono jeszcze jedno siedzenie z przodu, aby zmieściło się w nim sześć osób. W ten sposób Lore siedziała pomiędzy Percym, który prowadził a Gretą z prawej.
- No to jedziemy! - Powiedział Grunnie nucąc coś radośnie, gdy ruszyliśmy.
Szimi uśmiechnęła się.
- Ratować świat i stać się bohaterami!
- Niektórzy już nimi są. - Mruknęła Greta.
- Że niby kto? - Udawał zdziwienie Grunnie rzucając wymowne spojrzenie na Percy'ego. Dawlish zauważył to w lusterku i posłał mu zabójcze spojrzenie.
- Kiedy to prawda. - Żachnął się Dorian.
  Po godzinie jazdy Lore spojrzała niepewnie na Percy'ego i postanowiła zadać mu dręczące ją od walki z Cyrylem pytanie.
- Kim był trzeci ocalały? - Spytała nieśmiało, wiedząc, że wchodzi na niepewny grunt.
Wszyscy w samochodzie umilkli a Grunnie przestał się głupkowato uśmiechać. Percy wziął głęboki oddech. Ta wiedza była tajna, nie był pewien czy może ją wyjawić. Z jakiegoś powodu się wahał.
To dziwne, bo powinien od razu powiedzieć, że nie powie, pomyślała Lore.
- Nie mogę wam powiedzieć. - Wykrztusił.
- Jedziemy na być może jedną z najważniejszych wypraw w tej cholernej wojnie. Narażamy życie a wy nie chcecie powiedzieć nam kim jest zdrajca. -Naciskała Lorreine, wyczuwając wahanie chłopaka. - Czego się boicie?
- Niczego. - Odpowiedział oburzony Percy. - Nie chcemy zadawać ciosu jego rodzinie. Byliby skazani na potępienie przez społeczeństwo, które oskarżałoby ich o to co zrobił ich syn.
- Bzdura! - Zaprzeczyła Greta. - Przecież to nie ich wina, że ich syn jest debilem.
- To jest twoje zdanie. - Obstawał przy swoim Percy. - Cała reszta ludzi będzie ich obwiniać. Natura człowieka jest bezwzględna i bezlitosna.
- Poooowiedz... - Jęczał Grunnie, który również wyczuł wachanie dowodzącego. Dawlish spojrzał  niepewnie na Lorreine. Dziewczyna nie zobaczyła w jego oczach pretensji, że go wrobiła w odpowiedź czy poirytowania, tylko smutek.
- No jeśli teraz nam nie powiesz to będziemy się domyślać najgorszego. - Dalej jęczał Grunnie.
Ja tym bardziej, dodała w myślach Lore.
- Jak wiecie facet był z ocalałej trójki. - Zaczął Percy. - Uratował mi życie podczas Bitwy Przedwojennej. Dzięki niemu ocalałem i trafiłem do szpitala a nie na naradę 21 grudnia. Osobiście należę do osób, które uważają, że za jego zniknięciem kryje się coś więcej niż zdrada. W końcu był moim dobrym kumplem.
- No dobrze, ale kim jest? - Dopytywała się Szimi. Percy rzucił jeszcze jedno spojrzenie Lorreine i ona już wiedziała co zaraz powie.
- Michael Worple.
Wszyscy naraz spojrzeli na Lore. Po głowach chodziło im jedno pytanie: Czy to przypadek?
W końcu odezwała się Greta:
- Powiedzcie, że jest na to logiczne wyjaśnienie.
- Dopiero co mówiłaś, że to nie ma znaczenia, jaką ma się rodzinę. - Prychnął Percy. 
Lore patrzyła na swoje splecione dłonie. A więc jednak. Już dawno coś jej podpowiadało, że to jej brat był zdrajcą, ale nie chciała w to wierzyć. To imię i nazwisko wyjaśniło jej podejrzliwość Generała i niechęć Cyryla. Nie potrafiła tego zrozumieć. Jej brat. Tan sam, który robił jej drugie śniadanie do szkoły, pomagał w matmie i był przy niej gdy tata załamał się po ucieczce mamy z innym, miał być zdrajcą? Ale nie czuła się fatalnie. Jakaś jej część przyzwyczajała się do tej myśli od trzech lat. MUSIAŁ być jakiś powód...
- Nie patrz tak na mnie. - Powiedziała do Grety, która rzucała jej współczujące spojrzenia. - Od dawna to podejrzewałam. Chciałam się tylko upewnić. 
Chwilę potem każdy zajął się swoimi sprawami a Lorreine wsadziła słuchawki do uszu i skupiła się na mijanych przez nich krajobrzach. Gdy mijali jedno z martwych miast jej myśli powędrowały ku ludziom, którzy kiedyś tu żyli.
Obecna wojna zbierała krwawe i okrutne żniwo. Martwe miasta to miejsca gdzie Zamaskowani urządzali swoje "zabawy". Ludzie uciekali z aglomeracji i żyli na własną rękę, z dala od siebie, w pojedynczych domkach w lasach, górach... Niektórzy mówili, że wraz z przybyciem naszych wrogów zaczął się koniec świata...
Z tymi myślami zasnęła.
*** 
Leżał jej na kolanach. Czuła jego ciepłą krew spływającą jej po kolanach. Nie! Przestała słyszeć świst pocisków przelatujących jej obok głowy, przestała słyszeć krzyki i skomlenie ludzi wokół niej. Teraz liczyło się utrzymanie go przy życiu. Jakby czytając jej w myślach powiedział:
- Nie, nie trzeba. Dziękuję. - Jego uśmiech zastygł na twarzy a oczy stały się puste.
Łzy zaczęły spływać jej po policzkach, ale poczuła je dopiero kiedy zaczęły kapać po brodzie.
- Nie! - Krzyknęła Lorreine prostując się w fotelu. Za oknem ich Jeepa widziała Góry Kantabryjskie.
- Coś się stało? - Zapytał z troską w głosie Percy.
- To tylko koszmar. - Powiedziała starając się uspokoić.
Była pewna, że długo nie zapomni tego momentu gdy jego oczy gasły. Wiedziała, że to sen, ale był taki żywy.
Spojrzała w lusterko i z ulgą stwierdziła, że Grunnie spał na tylnym siedzeniu.
Miała tylko nadzieję, że nigdy nie zobaczy więcej jego pustych oczu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz