czwartek, 22 sierpnia 2013

Rodział ósmy.

- Ale co ty mówisz? - Wykrztusiła w koʼncu Lore.
Nie patrząc na nią podszedł do masywnych drzwi oddzielających grotę od korytarzy i wyciągnął zza pleców pistolet.
- Myślisz, że tą jedną bronią nas powstrzymasz? - Odezwał się Trevor sztywno.
- Nie mam was powstrzymć, a tylko na chwilę zatrzymać. - Odpowiedział spokojnie. - Do czasu aż tutaj nie dotrą.
- Percy, co ty do jasnej cholery, robisz? - Wyszeptała Lore.
- Muszę pzyznać, że całkiem nieźle nas pilnowaliście. - Zignorował jej pytanie. - Nie miałem jak zawiadomić Ikera, że was w koʼncu znalazłem.
- Ty jesteś Centralnym Kapusiem? - Zaśmiała się Tatum.
- To dlatego uparłeś się, żeby ze mną zostać? - Zapytała Lore, ale jej pytanie zostało zagłuszone przez przybycie zamaskownych.
Tak szybko?... Przemknęło Lore przez myśl. Przeszła ją fala wściekłości.
Rzuciła się na Dawlisha, ale została powalona na ziemę zanim do niego dotarła. Nawet się nie obejrzał...
Potem została czymś odurzona i straciła przytomność...
***
Obudziła się gdy ktoś gdzieś nią zanosił. Widziała tylko Percy'ego rozmawiającego z jakimś Zamaskowanym. Ten drugi odwrócił do niej głowę i powiedział:
- Dzieʼn dobry, królewno.
Mężczyźni, którzy ją nieśli mocniej ścisnęli jej ramię, bojąc się, że Lorreine zacznie się szarpać. Ale ona nie była w stanie nawet kiwnąć palcem. Tylko patrzyła na niego bezradnie.
Zdradził Percy Dawlish, ten bohater wojenny, przyjaciel jej brata, był zdrajcą. Odwrócił głowę i ich spojrzenia się spotkały. Jego oczy były puste jej przepełnione bólem i niedowierzaniem.
„Co jeszcze ukrywasz?” Pomyślała.
Chwilę potem Lore siedziała zamknięta w celi nie będąc w stanie się poruszyć. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła i usłyszała. Percy zdrajcą. Wątpiła by te słowa mogły przejść jej przez usta, ale nie miała siły by to sprawdzić.
Nie zwracała uwagi na to że jej mokre ubranie zaczyna zamarzać. Nie zwracała uwagi na to, że nie wie czemu jest mokra. "Zdradził.” Pomyślała. W tej chwili przez jej ciało przeszła fala gniewu. „Zapłaci za to. Choćbym miała przy tym umrzeć."
***
Nie wiedziała ile czasu tam spędziła zanim strżnicy wywlekli ją z celi i postadzili na twardym krześle w cuchnącej sali, oświetlonej tylko jedną, brudną żarówką. Potem przywiązali jej nadgarstki i kostki do siedzenia skórzanymi pasami.
- Jak samoczucie? - Zapytał pogodnie Zamaskowany, z zieloną maską, wchodząc do sali.
Lore milczała.
- Hmmm... Lepiej ci będzie ze mną rozmawiać. - Ton jego głosu się nie zmienił. - Jestem Igor. Może o mnie słyszłaś? - Nachylił się nad nią.
Miała na koʼncu języka kąśliwą uwagę, ale się powstrzymała. Miała zamiar uparcie milczeć. Tyle, że nie wiedziała czy wytrzyma...
Igor westchnął.
-Milczenie przysporzy ci jedynie bólu, ślicznotko. - Chwycił w palce jej podbródek i uniosł. - Aleś ty brudna! Taka dama powinna o siebie dbać.
"No to pięknie. Trafiłam na czubka..." Pomyślała Lore, ale znowu nie odpowiedziała.
- No to co? - Zapytał z szerokim uśmiechem. - Zaczynamy? - Odpowiedział mu jedynie dźwięk szybkiego bicia serca Lore, który w ciszy odbijł się od ścian. - Kiedy ostatnio widziałaś się ze swoim bratem? - Spytał łagodnie. Lore była ciekawa ile ma cierpliwości...
Nie odpowiedziała a Igor westchnął cicho i podszedł do strażnika. Powiedział mu coś na ucho, z uśmiechem. Oczywiście. W Lore nagle wezbrała się fala gniewu, miała ochotę zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Postanowiła zmienić taktykę.
- W towarzystwie nie mówi się na ucho. - Powiedziała głosem pewnym, ale wypranym z emocji. - I nie, nie kojarzę cię, ale to pewnie dlatego, że nie interesuję się robactwem.
Wyprostował się i spojrzał na nią. Poszerzył uśmiech.
- Zła taktyka. - Strażnik wyszedł a Igor znowu się do niej zbliżył. - Zawsze miałem słabość do blondynek. - Powiedział okręcając w palcach kosmyk jej włosów. Przeszedł ją dreszcz.
Do pomieszczenia wszedł strażnik niosąc... radio. Postawił je na ziemi a Zamaskowany je włączył i ustawił odpowiednią stacje.
- Siedziba Międzynarodowego Oddziału została zdobyta. - Spikerka mówiła szybko. W jej głosie słychać było bezsilność. - Nastąpił również atak na siedzibę Hiszpaʼnską i okolice. Szacuje się, że życie straciło około 50 osób. Nie wiadomo nic o losach żołnierzy przebywających w budynkach Oddziałów. Ludziom zaleca się ukrycie... - Igor wyłączył urządzenie.
Lore starała się nie pokazywać żadnych emocji. Od środka wszystko ją skręcało.
- Idealnie na wiadomości. W sekrecie wyjawię ci, że twoi najbliżsi przyjaciele nie mają się dobrze. - Usta Igora wygięły się w podkówkę. - Ale ty możesz skrócić ich cierpienia. Wystarczy, że wyjawisz mi gdzie ukrywa się Michael.
- Musiał wam bardzo zaleźć za skórę. - Powiedziała tylko. "Moja krew." Dodała w myślach. - A ja nie mam pojęcia gdzie on jest. Ostatnio widziałam go trzy lata temu. Przez większość czasu myślałam, że nie żyje. - Jej głos był pewny a oczy puste.
Igor zacmokał.
- Naprawdę miałem nadzieję, że będziesz współpracowała. - Powiedział po czym ją spoliczkował. - Mów pawdę, dzieczyno! - Podniósł głos.
- To jest prawda, skurwysynu! - Wrzasnęła mu w twarz. Wiedziała, że to błąd, ale miała to w nosie. Nikt nie ma prawa jej policzkować. Miała zamiar być najoporniejszym więźniem na jakiego miał okazję trafić. Mimo, że mówiła mu prawdę.
Igor zastygł na chwilę zaskoczony po czym znowu uderzył ją w twarz. Tym razem pięścią. Lore poczuła w ustach metaliczny smak krwi.
- To był błąd. - Powiedział.- I przysięgam, że go pożałujesz. - Kiwnął na strażnika a ten zbliżył się i odwiązał ją i postawił na nogi. Nie wiedziała co jej podali, ale na pewno działało dobrze. Siły ledwo jej starczyło na to, żeby utrzymać się w pionie.
Strażnik uderzył ją w brzuch. Siła ciosu zwaliła by z nóg człowieka w pełni sił... Upadła na ziemię i poczuła kopnięcie. Rozległ się dźwięk pękających żeber...
***
Znowu leżała w swojej celi. Nie miała siły by się podnieść czy chociażby ruszyć... Klatka piersiowa bolała je niemiłosiernie, pęknięte żebro uniemożliwiało głębszy wdech. Było zimno, ale nie zwracała na to uwagi. Myślała o tym, że to jej koniec.
"Umrę tutaj..." Chodziło jej po głowie.
Nie była w stanie zbliżyć się do wody czy jedzenia. Nie chciała tego...
Po kilku godzinch, które wydawały się latami, po kilku próbach snu, Lore stwierdziła, że widzi księżyc.
"Okno." Pomyślała.
Gapiła się w nie przez kilka chwil i podniosła się ciężko na rękach. Rozejrzała się po celi. Była mała, kwadatowa i ciemna.
W oknie była krata.
"Zwykłe więzienie." Przeszło jej przez myśl. "Skoro potrafię to dostrzec to znaczy, że narkotyk przestaje działać..."
Oparła się o ściane tłumiąc jęk bólu i zastanowiła się nad tym co robić.
"Dać się zabić lub uciec. Ale  jak?"
"Albo liczyć na ratunek..."
"To koniec." Pomyślała znowu. Nie ma szansy... Starała się wykrzesać z siebie choć jedną pozytywną myśl, lecz nie udało się... Była zmęczona i obolała. W tym momencie bardzo żałowała, że obraziła Igora.
Powoli osunęła się na ziemię...
***
*Kilka godzin wcześniej, baza Międzynarodowa*
- Znamy ten budynek jak nikt inny. - Szeptał Grunnie do Jaspera. - Musi być jakiś sposób by się wydostać.
- Jest w piwnicy. - Odparł zamyślony po czym pokręcił głową - Nie ma najmniejszej szansy by się tam dostać. Nie teraz, nie przy takiej ochronie.
Siedzieli zamknięci w jakiejś sali. W tym momencie przesłuchiwali byli Nando i Szimi. Zaraz mieli przyjść po nich przyjść.
- Jeżeli wejdą do tej sali będziemy skoʼnczeni. - Jęknął Grunnie z nutą paniki w głosie. - Myślisz,że dorwali Wyklętych? Lore i Percy'ego?
- Cholera, Grun. nie wiem! Daj mi chwilę na obmyślenie planu!
Jasper zawsze wyróżniał się inteligencją od swoich rówieśników, chociaż na to nie wyglądał. Zawsze był z tego dumny...
Teraz trzęsły mu się ręce  a w głowie miał blokadę.
Myśl, Jasper, myśl! Poganiał się.
W tym momencie drzwi się otworzyły. Oboje zakleli a do pomieszczenia weszła Zamaskowana. Miała żółtą maskę.
Z tego co Jasper się orientował kolory oznaczały stopnie. Najważniejszy był bordowy, potem zielony, niebieski, żółty i fioletowy. Tych ostatnich było najwięcej.
O dziwo dziewczyna weszła sama. Spod maski wystawały długie, rude włosy.
- Idziecie ze mną - Powiedziała. - Tylko bez numerów. Przysłał mnie Michael. Wyprowadzę was.
Nic nie odpowiedzieli tylko za nią wyszli patrząc po sobie. Przeszli przez pół ośrodka mijając różnych Zamaskowanych i skierowali się ku piwnicy. Tak jak przewidzieli dziewczyna zaprowadziła ich do włazu zasłaniającego odpływ ściekowy.
- Nie można się tam zgubić. - Mówiła szybko. Zaraz może się ktoś zjawić. - Michael będzie tam na was czekał. Powie wam co robić. Byle szybko.
- Dziękujemy. - Powiedział Jasper.
- Co z resztą naszych? - Zapytał szybko Grunnie.
- Wszystkich nie jestem w stanie uratować. - Uśmiechnęła się smutno. - Idźcie! - Ponagliła.
Weszli do ciemnej otchłani. Nie wiedzieli czego się spodziewać, czy tajemniczej nieznajomej można ufać... Ale czy mieli jakieś wyjście?
__________________________________________________________________________________________________________________________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz