niedziela, 15 września 2013

Rozdział trzynasty.

Jasper uśmiechnął się widząc tulące się rozdzeństwo.
Wszyscy weszli do domu dając im trochę prywatności.
Dopiero w środku Jay zapytał o przebieg wyprawy. Grunnie wszystko mu opowiedział.
- A potem usłyszeliśmy wybuch. - Zakończył łamiącym się głosem. Robie spojrzała na niego smutno i przytuliła.
- Uratowała wam życie poprzez samobójstwo. - Szepnęła.
- Szkoda bo była bardzo wartosciową wtyczką. - Powiedział ze smutkiem w głosie Jay. Do kuchni wszedł Michael.
- Poszła się położyć. - Powiedział głosem bez wyrazu i usiadł ciężko na siedzeniu. - Wiele przeżyła i zachowuje się troche... dziwnie. - Dodał. - Boi się dotyku. I szerokiego uśmiechu.
- Z czasem jej przejdzie. - Stwierdziła Isabell.
- Oby bo na pewno będzie bardzo pomocna. - Pokiwał głową Cyryl.
- Bo skopała ci kiedyś tyłek? - Zażartował Vane a chlopak w odpowiedzi zgromił go zabójczym spojrzeniem.
- Chce z tobą porozmawiać. - Przerwał im Michael patrząc na Jaspera.
- Ze mną? - Zdziwił się. Worple pokiwał głową, więc bez słowa pomaszerował do sypialni wskazanej przez ich dowódzcę.
- Weź apteczkę! - Usłyszał z kuchni i po drodze drapnął czerwoną skrzynkę ze stolika.
Zapukał nieśmiało w drzwi.
- Wejdź. - Usłyszał w odpowiedzi.
Otworzył drzwi i wszedł do niewielkiego pokoiku. Lore siedziała na zasłanym łóźku z podwiniętymi nogami.
- Cześć. - Powiedział stając na uboczu mając w pamięci słowa Michaela. Spojrzała na niego wielkimi oczami.
- Masz apteczkę. - Stwierdziła.
- Tak, ale nic z nią nie zrobię do czasu aż nie weźniesz prysznica. - Odarł luźnym głosem. Kiwnęła głową i bez słowa weszła do łazienki.
Chłopak w między czasie poszedł do Charlie, która była mniej więcej postury Lore po ubrania. Kiedy wrócił do sypialni Lore dziewczyna siedziała na łóżku opatulona w ręczniki.
Nie mógł powstrzymać cichego okrzyku. Większość jej skóry była sina, w niektórych miejscach popęknana.
- Wygląda gorzej niż jest w rzeczywistości. - Powiedziała spokojnie.
- Proszę. - Powiedział wręczając jej kupkę ubrań. - To Charlie. Powinny pasować.
Kiedy się przebrała usiadła obok niego na łózku.
Jasper wyciągnał gazę i wodę utlenioną.
- Mogę? - Zapytał chcąc dotknąć jej twarzy. Kiwnęła głową. Przez chwilę pracował w milczeniu.
- Dziękuję, że po mnie przyszliście. - Powiedziała w końcu.
- Zrobiłabyś to samo dla każdego z nas. - Chłopak uśmiechnął się. Delikatnie. Chyba zauważyła jego wachanie w tym uśmiechu bo powiedziała:
- Jutro już postaram się być normalna. - Spojrzała mi w oczy. - Muszę być silna.
- Jesteś silna. - Odpowiedział pewnie odwzajemniając spojrzenie. - Przeżyłaś Wyklętych, Zamaskowanych i wygrasz wojnę.
W jej oczach zalśniły łzy.
- Opowiedz mi co się zdarzyło po tym jak Igor zjął Oddział. - Zmieniła temat owracając wzrok.
No, więc Jasper opowiedział. O ich ucieczce, o panu Kobyli, o ich naradach dotyczących jej odbicia i o kontrolach Zamaskowanych w domu ich gospodarza. W międzyczasie przemywał jej rany, oglądał czy nic nie jest złamane. Wtedy dotknął jej żebra. Syknęła z bólu gdy nacisnął trochę za mocno.
- Jest złamane. - Powiedziała. - Od pierwszego dnia. Ale dbali o nie. Nie chcieli, żebym umarła, więc zadbali o moje złamane żebro. - Dodała cicho.
- Nie możesz się przeciążać. - Powiedział pewnie. - Trzy tygodnie dla żebra to niewiele.
- Skąd to wiesz? - Zapytała z ciekawością.
- Miałem w planach zostać lekarzem. Byłem po pierwszym roku studiów gdy się zaciągnąłem. - Odparł.
- Nie mówiłeś nigdy. - Powiedziała poważnie i ziewnęła.
- Bo o planach na życie nie mówi się gdy otacza wszystkich śmierć. - Przerwał partrząc w jej zielone, zmęczone oczy. - Idź spać. Jutro odpowiem na wszystkie pytania.
***
Ciężko otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Kładła się spać pare minut po 22 a teraz było 20 po. Tak krótko spała? A czuła się taka wypoczęta...
Chyba, że przespała całą dobę.
Wstała z łóżka i zeszła na dół. Przy schodach trafiła na Liz.
- Już się baliśmy, że się nie obudzisz. - Powiedziała z uśmiechem.
"Ten uśmiech jest radosny." Pomyślała Lore. " Nic ci z jej strony nie grozi."
- Jestem głodna. - Powiedziała tylko.
- Właśnie kończą kolacje. - Powiedziała. - Chodź za mną.
Weszły do kuchni gdzie wszyscy rozmawiali i z uśmiechami jedli parówki. Na jej widok zastygli. Lore zauważyła, że Robie zatyka usta ręką.
Zmusiła się do wykrzywienia warg w uśmiech.
- Smacznego. - Powiedziała.
- Siadaj. - Powiedział Michael. - Zaraz ci nałożę.
Lore patrzyła jak jej brat krząta się po kuchni. Bardzo się zmienił przez te trzy lata. Stał się bardziej krępy, oczy straciły wesoły blask a włosy, które zawsze były starannie przycięte teraz były za długie i rozczochrane. Jego twarz postarzała się tak, że przypominał teraz tatę ze starszych zdjęć.
- Dziękuję. - Powiedziała gdy postawił przed nią parujący talerz. - Jakie są teraz plany? - Zapytała.
- Na razie musisz odpocząć. - Powiedział Jay. Spojrzała na niego zdziwiona.
- Nie możecie wszystkiego podporządkować mi. - Powiedziała pewnie. Czuła się dużo lepiej niż wczoraj i widziała w tym okazję do powrotu do tego jaka była przed poznaniem Igora.
- I tak czekamy na znaki od pozostałych grup wyklętych. - Odezwał się Michael.
Wtedy sobie przypomniała i o mały włos nie upuściła widelca.
- Marco. - Mruknęła. - Przywódzca włoskich Wyklętych. Uciekł ze mną z celi, ale nie chciał ze mną pójść. - Jej głos zadrżał. - Pewnie już nie żyje...
- Niekonieczmie. - Powiedział Jasper. - Mógł uciec drugim wyjściem.
- Albo to on skupił uwagę Zamaskowanych i dlatego tak mało was goniło. - Odezwał się Cyryl.
- Marco i tak był niewiele warty. - Odezwał się Jay. - Przez jego brawurę życie straciło piętnaście osób.
- Niczyje życie nie może być nic nie warte, panie..? - Odezwała się ostro w odpowiedzi.
- Jay. - Odparł w odpowiedzi.
- Ten człowiek uratował mi życie. - Powiedziała do niego sucho. - Gdyby nie on nie wyszłabym z tego piekła. Szacunku.
Przy stole zapadła cisza.
- Przynajmniej czujesz się już lepiej. - Odezwał się wesoło Grunnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz