Jasper ledwo się ruszał. Ledwo dociągnął Lore do tej jamy. Ledwo oddychał. Ledwo sobie radził ze łzami cisnącymi się do oczu.
Natarł dziwnym specyfikiem Zamaskowanych swoje poparzenia. Starał się nie myśleć o ledwo minionych wydarzeniach. O płonącym domu pana Kobyli, o znikającej w płomnieniach Izzy i o jej krzyku.
W jego pamięci błysnął obraz Lore wjeżdżającej na pole strzelaniny Jeepem. Uratowała mu życie.
Plan był taki, że miała po nich podjechać samochodem i zabrać ich, osłaniając dobrze przystosowanym samochodem.
Nie wypaliło... Okazało się, że Zamaskowani dotarli za blisko drzwi.
Nic nie poszło po ich myśli. Musieli wycofać się do domu bo inaczej by ich rozstrzelano...
Łzy pociekły mu po policzkach gdy w głowie pojawił mu się obraz Grunniego padającego na ziemię...
- Jasper? - Usłyszał szept i zauważył, że Lore ma otawrte oczy i wpatruje się w niego uważnie.
Szybko otarł łzy wierzchem dłoni.
- Dobrze, że się obudziłaś. - Powiedział cicho. - Martwiłem się, że to coś powarznego. Uderzyłaś się w głowę a do tego te poparzenia...
Przerwał bo dziewczyna podniosła się i go przytuliła.
- Dziękuję. - Powiedziała łamiącym się głosem.
Nie odpowiedział tylko przytulił ją mocniej. Jęknęła.
"Głupi." Pomyślał. "Zapomniałem o oparzeniach."
Podał jej maść.
- Wyciągnąłem to z kieszeni Zamaskowanego jak uciekaliśmy. Na opażenia po tym ich ogniu.
Wzięła pudełeczko bez słowa. Nie spojrzała na niego.
Zaczęła się smarować i w jamie zapadła cisza, którą w końcu przerwała:
- Co z resztą?
Zawachał się nad odpowiedzią, ale wyrzucił z siebie jednym tchem:
- Michael i Jay uciekli, widziałem jak biegną przez las. Cyryl pobiegł gdzieś w stronę sadu z Robie. Reszta wpadła.
- A Dorian? - Zapytała ledwo słyszalnie.
- Widziałem tylko jak dostał. - Odpowiedział tak samo głośno.
Znowu zapadła cisza, którą przerwał szloch Lore.
Kucnął przy niej.
- Posłuchaj mnie. - Powiedział. - Wiem, że jest ciężko, ale musimy znaleźć Michaela i Jay'a.
Pokiwała głową i przygryzła wargi.
- Najpierw muszę się dowiedzieć czy nie kręci ci się w głowie, nie jest niedobrze, ani nic w stylu wstrząśnienia. - Dodał.
Spojrzała na niego zdziwiona jakby niemożliwym było przejmować się jej stanem gdy Grunnie nie żyje.
Wiedziała, że nie żyje. Patrzyła jak leży na ziemi z dziurą w głowie.
Potrząsnęła głową by odpędzić wizje.
- Wszystko gra. - Powiedziała na głos. - Ale myślę, że powinniśmy odpocząć zanim pójdziemy ich szukać. Bez urazy, ale wyglądasz jak trup.
- Dzięki. - Odparł sucho, ale zgodził się z nią. - Tylko jest jeden problem w postaci wody.
- Na północ od domu pana Kobyli płynęła rzeka. - Przypomniała sobie.
- Taa. - Mruknął. - Tyle, że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.
***
- Rusz się! - Warknął Michael na Jay'a.
- Staram się, pieprzony niewdzięczniku! - Odpowiedział zaczepnie, patrząc na kolegę ze złością. - Nie wyrzywaj się na mnie! Nie moja wina, że wszyscy pouciekali we wszystkie strony.
Szli już od godziny unikając Zamaskowanych. Zmierzali ku rzece, mieli nadzieję, że wszyscy prędzej czy później do niej dotrą.
- Nie wyrzywam się. - Odparł już spokojniej Worple, widząc, że przyjaciel jest na skraju furii. - Tylko się martwię.
- Wiem. -Westchnął Jay uśmiechnął się.
Dotarli do wody.
czwartek, 26 września 2013
Rozdział szesnasty.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz