Lore uparcie szarpała kraty. Krzyczała. Nie wiedziała co, ani do kogo, ale robiła to głośno. Tak żeby przekrzyczeć alarm.
Do pomieszczenia z celami wpadła banda Zamaskowanych. Było ich z sześciu. Stanęli przed jedynymi zajętymi celami.
"Skoro mnie pilnują to musi być Michael." Pomyślała spanikowana. "Muszę coś zrobić."
Zauważyła pałkę i klucze za paskiem jednego ze strażników. Jak najciszej i ostrożniej sięgnęła przez kraty po klucze. Nie dosięgała.
- Ej, przygłupie. - Powiedziała tak, żeby tylko on usłyszał. Tak jak przewidziała odwrócił się do niej wściekły i zbliżył się do krat.
- Nie powinnaś tak zwracać się do osób mogących bardzo dotkliwie cię zranić. - Powiedział ostro.
Marco zauważył co próbuje zrobić i zaczął się wydzierać szarpać, wyklinać. Wszyscy pozostali strażnicy podeszli do jego celi chcąc go uciszyć.
Lore wykorzystała sytuacje i wysunęła nogę przez kratę i zdzieliła Zamaskowanego w krocze. Pisnął cicho i ukląkł. Lorreine sięgnęła po klucze i pałkę.
Nerwowo otworzyła cele. Reszta strażników nic nie zauważyła.
Zdzieliła klęczącego na ziemi pałką tak, że stracił przytomność.
Miała wolną drogę, ale musiała coś jeszcze zrobić.
Zbliżyła się do Zamaskowanych uciszających Marco.
Wyważyła pałkę w ręce i trafiła jednego w tył głowy. Reszta odwróciła się do niej zaskoczona.
Szybko pozbawiła następnego przytomności, ale pozostałych dwóch było już w gotowości się bronić. Wyciągnęli pistolety.
Nieoczekiwanie Marco chwycił jednego za kostkę tak, że ten zarył twarzą o ziemie.
Lore nie czekała długo i wytraciła przeciwnikowi pisotolet z ręki niechcący łamiąc mu nadgarstek i również pozbawiła przytomności.
Otworzyła celę Marco.
- Wiesz, że trzeba ich zabić? - Powiedział.
- Ja tego nie zrobię. - Odparła niepewnie. - Zabić ich nie wysłuchawszy ich wcześniej, gdy leżą nieprzytomni, jest jak morderstwo.
Jakby jej nie słysząc wyciągnął z kieszeni jednego z nich nóż. Tylko przez poderżnięcie gardła można ich było zabić bez uruchomienia zapalnika w masce.
- Zemsta musi się dokonać. - Mruknął.
- Ale bez mojej pomocy. - Powiedziała ostro. - Ja idę do brata. Idziesz ze mną, albo się mścisz.
W odpowiedzi chwycił pewniej nóż.
Lore pokręciła głową i wyszła z więzienia. Na korytarzu było pusto. Z daleka słychać było jakieś krzyki i zamieszanie.
- Hej, ty! - Usłyszała za plecami zamaskowanego. Jej jedyną bronią była pałka.
Niewiele myśląc zaczęła uciekać.
***
Po prostu biegli. Nie wiedzieli czemu żaden z Zamaskowanych nie strzela. Obijali się o ludzi, kopali i drapali gdy ktoś ich chwycił, ale biegli.
Agnes biegła pierwsza i na zakręcie wpadła na kogoś. Owy ktoś zaczął krzyczeć i się wyrywać. Miał długie blond włosy i twarz...
- Lore! - Krzyknął Japer i podbiegł do dziewczyny. Ta spojrzała na niego.
- Jasper. - Powiedziała z wielką ulgą. Jej twarz była straszna. Posiniaczona, opuchnięta i było na niej dużo zaschniętej krwi.
Przytuliła się do niego.
- Później! - Przerwała Agnes. Teraz uciekamy!
I znowu pobiegli. Japer trzymał Lore za rękę.
Nie mieli czasu zastanawiać się czemu w głównej siedzibie było tak mało Zamaskowanych. Dlaczego idzie im tak łatwo.
W końcu dotarli do łazienki z wyjściem.
- Pójdą za nami. - Powiedziała zdyszana Agnes.
- Ale nie mamy wyjścia. - Wysapała Liz.
- Mamy. - Odparła. - Pakujcie się do wyjścia. Już!
- Ale... - Zaczął Grun.
- Już! - Wrzasnęła.
Już bez sprzeciwów wcisnęli się do wyjścia.
- Agnes! - Zawołał Jasper. - Dziękujemy!
Spojrzała tylko na niego i zamknęła właz.
Szybko ruszyli przed siebie. Po chwili usłyszeli wybuch.
Stanęli. Liz wybuchła płaczem a Lore zakryła ręką usta.
- Chodźcie. - Powiedział bezbarwnie Grunnie.
W ciszy ruszyli w ciemność.
Po pewnym czasie dotarli do wyjścia z tunelu. Prawie natychmiast podjechał pod nich samochód. Bez słowa wsiedli do środka, ale Lore się zawachała.
- Zaufaj mi. - Powiedział cicho Jasper. Spojrzała na niego i wsiadła.
Kilka minut przejechali w całnowitej ciszy. Prowadził Jay. Michael miał czekać na miejscu. Nie pytał jak poszło, czemu nie ma z nami Agnes. Nic, tylko ponura mina.
- Ilu wydostało się od Zamaskowanych? - Odezwała się w końcu Lore.
- W sumie żyjemy w kilkanaście osób. - Odpowiedział Jay.
Po policzku Lore spłynęła łza. Pokiwała głową i spojrzała w okno. Wszyscy odwrócili głowę, nie chcieli patrzeć jak płacze.
Kiedy dojechali na miejsce, o dziwo bez przeszkód, jej policzki były już suche.
Wysiedli z samochodu i Lore patrzyła z niemym zachwytem na domek pana Kobyli. Gdy otworzyły się drzwi i zaczęli z nich wychodzić ludzie uśmiechnęła się. W jej oczach znów zalśniły łzy. Przywitała się ze wszystkimi i wydawało się, że jest zadowolona a potem wyszedł Michael.
Zastygła i z przerażeniem patrzyła jak brat do niej podchodzi. Stanął na przeciw niej i popatrzył na jej twarz.
- Przepraszam. - Powiedział dotykając siniaka. Wzdrygnęła się i odskoczyła z paniką w oczach. Tym razem to Michael zastygł przerażony.
Lore chyba zorientowała się, że jej reakcja była przesadzona bo wyszeptała:
- Przepraszam.
- Lore, to nie twoja wina. - Powiedział zbliżając się do niej powoli. - Ale już dobrze. Tutaj jesteś bezpieczna. Już nic ci nie grozi.
Potem dziewczyna rozpłakała się i wtuliła w brata. On również miał łzy w oczach.
____________________________________
Wiem, krótki, dziwny i mało składny. Przepraszam, ale tylko na tyle mnie dzisiaj stać...
czwartek, 12 września 2013
Rozdział dwunasty.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz