wtorek, 17 września 2013

Rozdział czternasty.

- Wszystko hodujemy sami. - Opowiadał Michael gdy oprowadzał Lore po farmie. - Gospodarka aktualnie praktycznie nie istnieje. Ale podejrzewam, że to wiesz.
Pokiwała głową.
- To jest życie jak z koszmaru. - Powiedziała. - Ledwo z rodzicami i wujostwem dawaliśmy radę. Pieniądze z kopalni były praktycznie żadne a jedzenie drogie.
- Jak... - Mike zawachał się i nie skończył.
- Trzymali się gdy wyjeżdżałam. - Odpowiedziała Lore na jego niezadane pytanie. - Na początku, gdy nie było od Ciebie znaku życia, gdy wszyscy mówili o masakrze na naradzie, tata się podłamał. - Zapadła we wspomnienia. Były pełne rozpaczy, lęku i złości. - Gdy Suzan powiedziała, że to było do przewidzenia, tata ją uderzył.
Jej brat wciągnął głośno powietrze.
- Ale potem się uspokoiło. - Ciągnęła spokojnym głosem. - Żyliśmy tak jak wszyscy. Często zmienialiśmy miejsce zamieszkania ja chodziłam do "szkoły" prowadzonej przez jednego faceta, zawsze w innym miejscu i o innej godzinie.
- A więc tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość. - Westchnął ciężko. - Nie miałem pojęcia. Tak skupiałem się na wyklętych, że nie zwracałem uwagi na innych ludzi... - Zamyślił się po czym zmienił temat - Kiedy ostatnio rozmawiałaś z tatą?
Nie pytał o Suzan; naszą macochę. Mówiąc delikatnie ich relacje nie były najprzyjaźniejsze, zresztą ich również...
- Przy wyjeździe. - Westchnęła zerzygnowana. Tęskniła za nim i martwiła się. Bała się, że dla niego koniec wojny może przyjść za późno... - Nie był zadowolony z mojego wyjazdu. Ale w sumie nie ma się czemu dziwić.
Spacerowali wzdłuż pola, na którym rosło kilka rodzajów warzyw. W oddali widać było sad.
- Jak panu Kobyli udaje się utrzymać to miejsce? - Zapytała.
- Pracuje a my w międzyczasie dbamy o zbiory. - Odparł Mike, ale myślami był gdzie indziej.
Lore nie mogła dłużej powstrzymać pytania, które dręczyło ją od wczoraj:
- Co z Annie?
Chłopak zesztywniał. Annie była dziewczyną Michaela przed wojną. Ona też się zaciągnęła. Zresztą, jak wszyscy wtedy...
- Nie wiem co z nią. - Powiedział sztywno.
"Ja jestem jego siostrą i trzymali mnie w lochach." Pomyślała Lore. "Boję się co mogli zrobić z nią..."
Nie naciskała; nie pytała jak z tym żyje. Ważne, że żył.
Wrócili do domu. Kiedy weszli mieszkańcy grali w karty. Żyli tak już od dwóch dni czekając na jakiekolwiek informacje.
- Dalej nic? - Zapytał Michael chociaż odpowiedź była oczywista.
Jay w odpowiedzi pokręcił głową i rozległ się dźwięk komórki...
____________________________________
Taki krótki bo nie mam czasu pisać...
Postanowiłam opisać trochę rzeczywistości. Jeżeli macie jakieś pytania proszę zadawać je w komentarzach wraz z opinią :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz