Cyryl szedł przez las prowadząc Robie za rękę. Dziewczyna była nieobecna myślami, ale przynajmniej oczy już miała suche.
Chłopak niedawno trzymał ją pocieszająco w ramionach, gdy płakała po stracie Gruna.
"Niech to szlag." Myślał. "Lubiłem go." Ciężko mu to przechodziło nawet przez myśli. Sam ledwo powstrzymywał łzy. "Opanuj się, chłopie." Ganiał się w myslach. "Jesteś twardy i bezduszny. Nie okazujesz słabości."
Odrzucił te, zbędne, myśli i skupił się na zadaniu. Musiał trafić nad rzekę. Był pewny, że to tam będzie zbiórka. Miał tylko nadzieję, że zdąży zanim tamci odejdą.
Nagle poczuł jak coś ciągnie go w dół. Odwrócił się i zobaczył, że to Robie upadła.
- Hej, - Powiedział kucając obok niej. - już niedaleko. Zaraz dojdziemy do...
- Do czego? - Przerwała mu agresywnie. - Do ciągłej wojny, nienawiści i mordu! Mam tego dość! On na to nie zasługiwał... - Głos się jej załamał i znowu zaczęła płakać.
Cyryl stłumił głębokie westchnienie.
"To będzie długa podróż." Pomyślał.
- Tu jesteście! - Usłyszał głos w oddali. Rozejrzał się i zobaczył Liz i Charlie idące w ich kierunku. - Tak myślałyśmy, że to głos Robie.
- To super. - Stwierdził Cyryl. - Też idziecie nad rzekę?
Liz kiwnęła głową i zapytała:
- Co z tobą Maggie?
*
- Jak myślisz co zrobimy jak znajdziemy resztę? - Zapytała Lore.
- Podejrzewam, że pojedziemy do Polski. - Odparł zamyślony. - Tu nie mamy już co robić.
- Polacy są na prawdę tacy ważni?
- Wydaje mi się, że tak. - Ciągnął. - Są najliczniejsi i mają idealną idległość od głównej siedziby Zamaskowanych. A do tego mają historyczne doświadczenie.
- Skąd ty tyle wiesz? - Zapytała zaintrygowana.
- Siedzę w tym dłużej niż ty. - Odparł poważnie.
Wtedy usłyszeli szum rzeki. Lore uśmiechnęła się do siebie.
- Teraz pytanie czy idziemy w dół czy w górę rzeki. - Zamyślił się Jasper.
- W górę. - Zdecydowała Lore i ruszyła pewnie przed siebie.
- Czemu akurat w górę? - Zapytał zdziwiony.
- Bo tak mi mówi intuicja. - Zaśmiała się.
Chłopak stał przez chwilę w miejscu, zaskoczony nagłą pewnością dziewczyny. Potem uśmiechnął się pod nosem i za nią ruszył.
*
- Ktoś idzie. - Powiedział Jay.
Zaniepokojony Michael sięgnął po broń i już zamierzał wycelować gdzy zobaczył swoją siostrę.
- Lorreine! - Westchnął z ulgą. - Tak się bałem... - Uścisnął ją mocno.
- Co za miła odmiana. - Wydusiła z jęki bólu.
- Hej - Wtrącił Jasper odciągając Mika od Lore. - ona ma złamane żebro.
- Nie wiedziałem, przepraszam. - Zreflektował się od razu.
Dziewczyna uśmiechnęła się słabo masując delikatnie bok.
- Gdzie reszta? - Zapytała.
- Tutaj! - Rozległ się głos Liz. Podeszła do nich trzymając Robie za rękę. Maggie miała czerwone oczy, zapuchniete od płaczu.
Lore poczuła jak coś ściska ją w piersi i nie było to uszkodzone żebro.
Zaraz za nimi pojawiła się Charlie i Cyryl.
- To wszyscy? - Zapytał Jay.
Cyryl pokiwał ponuro głową.
- Izzy i Grun nie mieli tyle szczęścia. - Powiedział martwym głosem.
- Biedny pan Kobyla.. - Westchnęła Charlie.
Zapadła ponura cisza. Każdy zatopił się we własnych myślach.
Jasper zauważył, że po policzku Lore spływa łza.
Chwycił ją za rękę w geście pocieszenia. Spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Dobra. - Powiedział Michael, który widział tę scenę i trochę go to obudziło. - Wszystko co mamy kładziemy tutaj - pokazał miejsce na ziemi. - Odświeżamy się i opracowujemy plan.
*
Tak jak zarządził, tak się stało. Wszyscy bez protestów przyjeli jego przewodnictwo.
Michael był do tego przyzwyczajony. Zazwyczaj traktowano go z szacunkiem bo samo jego nazwisko mówiło o tym, że jest ważny w tym konflikcie.
Spojrzał na siostrę, która właśnie myła twarz w rzece u boki Liz.
To dla niej to wszystko robił. Dla niej wstąpił do wojska, robił wszystko co w jego mocy by jej nie zawieśc. Była jego jedyną rodziną od śmierci matki. Ojciec stał się wtedy innym człowiekiem i Mike poczuł troskę o Lore. To właśnie wtedy uświadomił sobie jak to jest być ojcem dziecka.
Przeniósł wzrok na Jaspera. Widział co było między nim a Lore i poczuł żal, że nie jest już taką ważną częścią jej życia. Ale zdawał sobie sprawę, że trzy lata bycia dla niej trupem muszą mieć konsekwencje.
Po jakimś czasie siedzieli na ziemi wokół zebranych przedmiotów.
Trzy pistolety, dwa magazynki, cztery sztylety, maść na skutki ognia Zamaskowanych i scyzoryk.
- Nie za dobrze. - Mruknął łysy Wyklęty.
- Byliśmy już w gorszym położeniu. - Odparł Michael. - Trzeba to jakoś podzielić. Poszukać trzeciego punktu i się stąd wynosić.
- Co to trzeci punkt? - Zapytała Liz.
- W lesie są poukrywane samochody przygotowane na nagłą ucieczkę. - Odpowiedział Mike. - Punkt trzeci jest najbliżej.
- A co potem? - Zapytał Jasper.
Jay i Michael spojrzeli po sobie.
- Do Polski. - Powiedział po chwili Worple.
*
Bez problemu i w ciszy odnaleźli samochód.
Jay wyciągnął plecak z jedzeniem w puszkach. Rozdał wszystkim i usiadł za kierownicą.
Wszyscy wsiedli. Prawie wszyscy.
Robie stanęła przed samochodem i powiedziała:
- Ja nie jadę.
- Robie... - Zaczęła Liz, ale dziewczyna jej przerwała.
- Nie obchodzi mnie co sobie o mnie pomyślicie, ale nie jadę. - Jej głos był pełen rozpaczy i bólu. - Mam tego dość. Odchodzę. Nie dam rady dłużej w tym uczestniczyć.
- Dobrze. - Powiedziała Lore. - Ale daj nam sie chociaż podrzucić do jakiegoś miasta. Nie chcesz tu chyba zostać sama na noc.
Dziewczyna spojrzała na nią szukając podstępu, ale w końcu pokiwała głową a Jay ruszył
***
Są czytający, więc jest rozdział! :)
Nie jeat on może jakiś superdynamiczny, ale musiał taki być :c
Zapraszam do dalszego śledzenia tej historii :)
Jest świetne! Powodzenia! Kasia:*
OdpowiedzUsuń