poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział pierwszy.

- Witam na naradzie dnia 7 lutego 2015 roku. - Mówił Generał Cadwaller.
Była to pierwsza narada Lorreine. Zaledwie wczoraj rano zjawiła się w obozie.
- Z przyjemnością witam nowych członków oddziału: Davida Vailey, Anthonego Supporte, Lorreine Worple, Susan Folkiss i Dantego Zymbia.
Przy nazwisku Lore, Generał rzucił jej badawcze spojrzenie.  Co roku od trzech lat zbierani są ludzie nadający się do Oddziału. Dokładnie pierwszego lutego, maja, sierpnia i grudnia wybrani dowiadują się o tym, że są wybrani. Trzeciego dnia tych miesięcy zjawia się osoba pełniąca funkcję formalną i bezpieczeństwa, siódmego wybrani trafiają do obozu. Pod warunkiem, że zgodzą się dołączyć do Oddziału. Niestety coraz mniej osób decyduje się iść tą ścieżką. Za dużo osób boi się śmierci. Czemu nie ma się co dziwić...
- Do rzeczy. Najpierw lista obecności. - Kontynuował Generał. Wyczytał 37 nazwisk. Łącznie z nowo przybyłymi. Kobiet było znacznie mniej. Wszyscy siedzieli spokojnie na swoich miejscach w czymś co przypominało widownie teatralną. Generał siedział za biurkiem przed krzesłami, przodem do swoich żołnierzy; mówił przez mikrofon. - Dziękuję za przybycie całego Oddziału. Jest to o tyle ważne ze względu na nowych Oddziałowych (Tak nazywa się ludzi należących do Oddziałów) jak i ze względu ostatniego ataku naszych wrogów na grupę Oddziałowych z Hiszpanii. Jak wszyscy dobrze wiemy, nie trzeba być z Hiszpanii, żeby trafić do tamtejszego Oddziału. Proszę o minutę ciszy w hołdzie za pięcioro zmarłych Oddziałowych.
Zapadła cisza. Lorreine dobrze wiedziała, że ludzi rozsyłają po całym świecie do oddziałów. W tej branży nie liczyło się skąd jesteś. Oddziały były organizacją międzynarodową o charakterze militarnym powstałej w celu powstrzymania pewnej grupy. Z braku innego słownictwa nazwano ich Zamaskowanymi. Tylko, że nikt nie wiedział kim, lub czym byli. Nikt ich nie widział ich twarzy, a przynajmniej nie mógł już o tym opowiedzieć, poruszali się szybko, mieli szeroką wiedzę i byli nieobliczalni. Atakowali w maskach, które po zabiciu nosiciela wybuchały, nie pozostawiając ciała i zabijając wszystkich w pobliżu 10 m. Nie wiadomo też ilu ich dokładnie było. Oddział do którego należała Lorreine był Międzynarodowy; był najliczniejszy i wspierał Oddziały na całym świecie, organizował szkolenia i był głównym światowym Oddziałem.
- Oddział Hiszpański wysłał grupę na zwiad. - Mówił Generał. - Miała ona wybadać czy teren jest czysty. Jak wiadomo Zamaskowani najprawdopodobniej ukrywają się pod ziemią. Możliwe, że Hiszpanie odkryli miejsce ich pobytu. Grupa zakradła się na teren, lecz nawet nie zdążyła się porządnie rozejrzeć. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że coś tam musi być. Osłabiony Oddział Hiszpański prosi o pomoc. W ramach tej pomocy wyślemy sześcioosobową grupę z naszego oddziału. Kierownikiem zostaje Dawlish Percy. Masz trzy dni na zebranie grupy. - Cadwaller westchnął. - Mam nadzieję, że wreszcie sprawy potoczą się po naszej myśli. Nie chcę zapeszyć mówiąc, że nie wszystko może być stracone. To tyle na dzisiaj.
***
Lorreine nie mogła się poddać; bolało ją całe ciało, jedyną satysfakcję dawało to, że jej przeciwniczka była w nie lepszym stanie. Nie były ranne. Pierwsza zasada treningu: Nie ranić. Oczywiście siniaki nie liczyły się jako rany. Więc wszyscy wkładali gąbkowe rękawice i tak się odbywał trening. Lorreine zamachnęła się lecz jej przeciwniczka pochyliła się; Lore tylko na to czekała. Zanim przeciwnik zdążył się podnieść Lorreine błyskawicznie kopnęła ją w podbródek. Szybkość była jej największym plusem. Widząc jak rywalka Lore pada na ziemię, Oddziałowi przyglądający się temu pojedynkowi zaczęli klaskać. Lorreine zdjęła ochraniacz na zęby i wyciągnęła rękę do przegranej.
- Dzięki. - Sapnęła Robie podciągając się na wyciągniętej ręce.  - Nieźle jak na pierwszy dzień w Oddziale.
- Rób tak dalej a może załapiesz się do grupy, do Hiszpanii. - Powiedział chłopak stojący najbliżej. Miał sterczące, ciemne włosy i był bardzo niski. Z tego co Lore pamiętała nazywał się Dorian. - Mówią na mnie Grunnie. - Uśmiechnął się. - Witaj w naszych szeregach.
- Nowa miała farta i tyle. - Odezwał się chłopak, którego imienia Lorreine nie pamiętała.
- Zobaczymy jak skopię ci tyłek. - Powiedziała Lore zadziornie. Chłopak uśmiechnął się drwiąco.
- Chciałabyś. - Lore poważnie zastanawiała się czy nie przestawić chłopakowi nosa gdy odezwał się ktoś z kąta sali:
- Więc zróbmy tak, Cyry. - Z cienia wyłonił się Percy. - Jeśli ją pokonasz, jedziesz do Hiszpanii, lecz jeśli przegrasz do grupy dołączy Lorreine, ok?
Teraz dyskusji słuchała połowa osób zgromadzonych na wielkiej siłowni połączanej z halą sportową.
- Nie mogę uderzyć dziewczyny. - Odpowiedział z urazą w głosie Cyryl (Lore przypomniała sobie jego pełne imię, dzięki przezwisku). Dziewczyna w blond warkoczach i piegowatym nosie zaśmiała się prześmiewczo.
- Nie raz na treningach bijemy się mieszanymi parami. Ty nie stanowisz wyjątku.
- Kim ma rację. - powiedział Grunnie. - Po prostu tchórzysz.
Cyryl zarumienił się i zwrócił się do Lorreine:
- Dzisiaj wieczorem, o siódmej, na hali. Zobaczymy czy taka z ciebie bohaterka. - I wyszedł sztywno z sali. Kilka osób zaśmiało się szyderczo i wszyscy wrócili do zajęć mówiąc o dzisiejszym wieczornym starciu. 
Lore dowiedziała się potem od Robie (która tak naprawdę miała na imię Maggie), że wieczorne pojedynki są czymś w rodzaju obozowej tradycji treningowej.
- Pojedynki na pięści decydują w większości o twojej pozycji w obozie. Coś jak w szkole; nie potrafisz się ubrać to spadasz na dół hierarchii. Więc codziennie o siódmej odbywa się jeden pojedynek. Jeśli nie zgłosi się żadna para do pojedynku bierze się dwie osoby losowo.
- Ten cały Cyryl – Odezwała się Lore niepewnie. - dobry jest?
- Nie będę cię oszukiwać. - Powiedział Grunnie. - Najgorszy nie jest. 
Koło południa wszyscy z siłowni przeszli do jadalni. Cały obóz mieści się w budynku zamkniętej dawno szkoły sportowej. Niegdyś stawiano tu głównie na sporty walki więc miała całe wyposażenie potrzebne do treningów. Wystarczyło tylko dwie z sal gimnastycznych zmienić w strzelnicę a sale lekcyjne w sypialnie i gotowe! No więc koło południa wszyscy schodzili się z siłowni, hali czy strzelnicy na obiad. Każdy mógł wybrać gdzie chce ćwiczyć. Na każdej z sal treningowych był jakiś wyższej rangi żołnierz, gdyby ktoś potrzebował pomocy. Na jednej ze ścian w jadalni wisiała korkowa tablica. Wisiały na niej ogłoszenia, plany, listy. Na środku wisiała kartka: WALKA WIECZORU: Perks Cyryl vs. Worple Lorreine GODZ. 19.00 HALA GŁW. Lore starała się na to nie patrzeć.  Usiadła przy stoliku razem z Robie i Grunniem. Siedzieli tam jeszcze Marry (Lucjan), Belb (Chester) i Izzy. Ta ostatnia trochę przerażała Lorreine. Miała czarną skórzaną kurtkę i mocny makijaż. Lore nie miała nic przeciwko metalom, ale ta dziewczyna miała jeszcze niesamowicie rozrośnięte mięśnie. Na widok Lore uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Słyszałam, że pierwszy dzień obfituje w nowe wrażenia. - Widząc moją niepewną minę dodała. - Nie przejmuj się. Cyry to dupek. Jeśli będziesz bić się tak jak z Robie to zgnieciesz tego robaka w pył.
- Taa... Może ten gnojek dostanie wreszcie na co zasłużył. - Powiedział Marry.
- Czemu tak wierzycie w to, że wygram? Może miałam szczęście? - Powiedziała Lore jedząc trochę za suchego kurczaka. Chłopak z rudym jeżem prychnął.
- Przyjechałaś z Percym.  To jasne, że musisz naprawdę być dobra, skoro pojechał po ciebie jeden z Pierwszych. 
Hmm... Lorreine wiedziała, że Percy był już tu długo, ale że pierwszy... To znaczy, że znał jej brata. Ona sama miała piętnaście lat kiedy wyjechał. I nie wrócił. Z rozmyślań wyrwał ją głos Marry.
- Belb, chłopie. Nie bądź nie miły.
- Ja ją tylko uświadamiam. Szkoda by było, żeby nie pojechała z grupą przez tego śmiecia.

2 komentarze:

  1. Pierwszy raz natrafiłam na takie, inne opowiadanie. Bardzo mi się podoba i jestem ciekawa co dalej. Powodzenia w pisaniu + zyskałaś nową czytelniczkę! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo się cieszę! :D

      Usuń