piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział dziewiąty.

Szli w milczeniu. Nie mieli odwagi się odezwać, albo chociaż głóśniej tupnąć.
Szli w cięmności i potwornym smrodzie szybkim tepem. Co jakiś czas pokazywał się szczur,  albo coś podobnego.
Kiedy zbliżyli się do wyjścia odetchnęli głęboko świeżym powietrzem.
Rozległ się alarm.
- Ruszać się! - Zawołał facet stojący w cieniu jakieś 50 metrów dalej.
Pobiegli do niego mając nadzieję,  że to Michael Worple, a ten nie przyglądając im się ruszył w głąb lasu.
Biegli przez długi czas aż dotarłi do jeepa ukrytego w krzakach.
Jasper i Grunnie wzięli przykład z chłopaka i zapakowali się do samochodu.
Kiedy ruszyli odezwał się luźnym tonem:
- Więc jesteście Jasper i Dorian?
Pokiwali twierdząco głowami.
- A ty Michael Worple. - Ni to stwierdził ni to zapytał Grun.
- Mhm. - Potwierdził.
Jasper przyjrzał mu się. Zawsze wyobrażał go sobie jako starszą i męską wersje Lore,  tymczasem Michael miał cięmne kręcone włosy i szare oczy. Jedyne co wydawało się ich łączyć to była szczupła sylwetka...
- Czy Lore na prawdę nie żyje? - Zapytał nagle bezbarwnym tonem.
- Nie wiemy. - Odezwał się Jasper smutno. - Była z wyklętymi...
- Cholera. - Zaklął Worple. - Wyklęci zostali pojmani i wczoraj  rozstrzelani. Nie było z nimi mojej siostry. - Mamrotał pod nosem. - I Trevora. - Dodał.
- A co z resztą naszych? - Zapytał Grunnie.
- Większość Oddziałowych uciekła,  jeżeli o to pytasz. - Odparł. - Wasz oddział przysporzył Ikerowi sporo kłopotu. Stracił dziesięciu ludzi.
- Skąd to wszystko wiesz? - Grunnie wytrzeszczył oczy.
- Zamaskowani nie zdają sobie sprawy z tego ilu szpiegów jest w ich szeregach. - Powiedział z uśmiechem.
Jasper spojrzał przez okno. Jechali szybko. Byli już na szosie.
- Chyba musisz nam opowiedzieć wszystko od początku. - Westchnął i spojrzał na brata swojej przyjaciółki. - Jeszcze nie jestem pewien czy mogę. - Odparł powoli. - Zdecydowałem się was uratować bo moje źródła mówią, że Lore wam ufa. A ja ufam jej w 100%.
- Masz sieć informatorską w Oddziałach i u Zamaskowanych?
W odpowiedzi kiwnął głową.
- Zdradziłem Oddział bo dowiedziałen się o Wyklętych. - Powiedział. - Nie mogłem patrzeć na Cadwallera. Powiedziałem o tym Percy'emu, ale on wolał zostać...
- Ale Percy dowiedział się o Wyklętych tydzień temu. Razem z nami. - Zdziwił się Grunnie.
- Niemożliwe,  przecież... - Urwał. - Chyba,  że pracował dla Zamaskowanych i też szukał Wyklętych...
- Niemożliwe. - Prychnął Grunnie. - Przecież to Percy Dawlish. To nie jest możliwe.
- Jest, jeśli od początku jest tym kim jest. - Odparł spokojnie Michael. - I ma podstawy do tego by być prawdą. Okłamał was w sprawie Wyklętych i nie było go z nimi... wczoraj.
- Lore też nie było. - Odparł Jasper.
- Ale ona jest moją siostrą. - Powiedział twardo. - A Igor mnie nie nawidzi. Zrobi wszystko by mnie znaleźć.
- Zastanawia mnie jedna rzecz. - Odezwał się Jasper. - Po kiego dołączyłeś do Zamaskowanych?
- Uciekłem z Oddziału, rozeszła się plotka, że jestem zdrajcą. Znaleźli mnie i gdy dowiedzieli się, że znam prawdę powiedzieli: współpraca albo śmierć. - Jego słowa były pozbawione emocji.
Zjechali z głównej drogi.
- Gdzie jedziemy? - Zapytał Grun.
- Do siedziby Ruchu Oporu. - Odparł dumnie Worple.
W zasięgu wzorku pojawiło się zwykłe gospodarstwo domowe.
- Jakim cudem jeszcze was nie znaleźli? - Zdziwił się Jasper. - Tak blisko...
- Jesteśmy w gościnie u ludzi, którzy tu mieszkają. - Powiedział Michael. - Zawsze jak jest kontrola pożądnie się ukrywamy a pan Kobela z żoną udają zwykłe małżeństwo.
Kiedy dojechali, nie zdążyli dobrze wysiąść gdy na Doriana rzuciła się mała osóbka.
- Robi! - Westchnął przytulając ją mocno.
- Co oni tutaj robią? - Zawołał Worple do faceta stojącego w wejściu. Wyglądał na trzydzieści lat, był wysoki, masywny i łysy.
- Uciekali z Oddziału. Mieliśmy zostawić ich na pastwę Zamaskowanych? - Odezwał się niskim głosem.
Jasper rozejrzał się i zobaczył kilka znanych twarzy: siostry Charlie i Liz, Vane, Cyryl, Izzy i jeszcze dwójka, których imion nie pamiętał...
Podszedł do nich i z każdym uściskał się jakby nie widział ich od lat.
"Przynajmniej oni..." Chdziło mu po głowie.
- Wiecie, że nie możecie tu zostać i nic nie robić? - Odezwał się Michael.
- Już im to mówiłem... - Mruknął łysy.
- Ale teraz ja mówię. - Worple dźgnął go w żebra z uśmiechem. Tak na prawdę cieszył się, że jest ich coraz więcej.
- A co masz zamiar zrobić? - Odezwała się Liz.
Chłopak popatrzył na każdego z osobna zamyślony i powiedział:
- Odbić moją siostrę.
***
Kiedy Lore znowu ocknęła się w swojej celi było jasno.
Podniosła się do siadu. Poczuła ból w klatce piersiowej. Ale znacznie mniejszy niż ostatnio.
Podniosła koszulkę i zobaczyła opatrunek.
- Nie chcą, żebyś umarła tylko, żebyś zaczęła mówić. - Odezwał się znany Lorreine głos.
- Przecież mówię. - Odparła wściekłym głosem.
- Obrażanie Igora się nie liczy. - Percy uśmiechnął się mimo woli.
- Czego chcesz? - Zapytała. - Przecież ty wiesz, że mówię prawdę! Ty wiesz, że myślałam, że on nie żyje! - W jej głosie przez chwilę słychać było rozpacz.
- Igor nie wierzy. Poza tym ja nie mam nic do gadania.
Lore wstała ciężko powstrzymując jęk bólu i podeszła do krat.
- Jesteś zwykłym śmieciem, Dawlish. - Powiedziała a jego mina zmieniła się w maskę. - I przysięgam, że zabiję cię choćby było to ostatnie co zrobię w życiu.
- Nie będziesz miała okazji. - Szepnął. - Przyniosłem ci jedzenie. Ale twoje nastawienie do mnie pokazuje, że nie jesteś głodna.
Odszedł.
Lore obejrzała celę w świetle dnia. Nic w niej nie było, żadnego łóżka ani ubikacji...

Chwilę po odejściu Percy'ego strażnicy wyciągneli ją z celi i zaprowadzili do tej samej sali co wczoraj i przywiązali do tego samego krzesła po czym zostawili ją samą.
Sala nie miała okien. Jedynym źródłem była ta brudna żarówka powieszona tuż nad jej głową. Nie rzucała żadnego cienia...
Każda minuta wydawała się wiecznością...
Potem do sali wszedł Igor. Na trzeźwo Lore dostrzegła, że ma siwe,krótkie włosy. Zielona maska była wyraźnie widoczna na białej cerze...
"Maski są wszywane pod skórę. Nie można ich od tak zdjąć, na noc czy do kąpieli." Powiedział jej Trevor. Teraz czas, który spędziła w jaskiniach wydawał jej się tak odległy jak dziecinstwo...
- Dzisiaj wyglądałabyś dużo lepiej gdyby nie to. - Powiedział dotykając jej policzka. Tego, w które wczoraj ją uderzył.
- Chciałabym powiedzieć to samo o tobie, ale nie widzę twojej twarzy. - Odparła uśmiechając się krzywo.
- Czy wczoraj się czegoś nauczyłaś? - Zapytał.
- Na pewno nie tego gdzie jest mój brat. - Odparła. Zamaskowany machnął ręką.
- Dawlish potaierdził twoją wersję. - Powiedział.
- To czemu jeszcze mnie tu trzymacie, żywą? - Zapytała i od razu pojęła. - Bo jestem przynętą... - Wyszeptała.
____________________________________
Po długim czasie, ale jest!
Jak się podoba?

czwartek, 22 sierpnia 2013

Rodział ósmy.

- Ale co ty mówisz? - Wykrztusiła w koʼncu Lore.
Nie patrząc na nią podszedł do masywnych drzwi oddzielających grotę od korytarzy i wyciągnął zza pleców pistolet.
- Myślisz, że tą jedną bronią nas powstrzymasz? - Odezwał się Trevor sztywno.
- Nie mam was powstrzymć, a tylko na chwilę zatrzymać. - Odpowiedział spokojnie. - Do czasu aż tutaj nie dotrą.
- Percy, co ty do jasnej cholery, robisz? - Wyszeptała Lore.
- Muszę pzyznać, że całkiem nieźle nas pilnowaliście. - Zignorował jej pytanie. - Nie miałem jak zawiadomić Ikera, że was w koʼncu znalazłem.
- Ty jesteś Centralnym Kapusiem? - Zaśmiała się Tatum.
- To dlatego uparłeś się, żeby ze mną zostać? - Zapytała Lore, ale jej pytanie zostało zagłuszone przez przybycie zamaskownych.
Tak szybko?... Przemknęło Lore przez myśl. Przeszła ją fala wściekłości.
Rzuciła się na Dawlisha, ale została powalona na ziemę zanim do niego dotarła. Nawet się nie obejrzał...
Potem została czymś odurzona i straciła przytomność...
***
Obudziła się gdy ktoś gdzieś nią zanosił. Widziała tylko Percy'ego rozmawiającego z jakimś Zamaskowanym. Ten drugi odwrócił do niej głowę i powiedział:
- Dzieʼn dobry, królewno.
Mężczyźni, którzy ją nieśli mocniej ścisnęli jej ramię, bojąc się, że Lorreine zacznie się szarpać. Ale ona nie była w stanie nawet kiwnąć palcem. Tylko patrzyła na niego bezradnie.
Zdradził Percy Dawlish, ten bohater wojenny, przyjaciel jej brata, był zdrajcą. Odwrócił głowę i ich spojrzenia się spotkały. Jego oczy były puste jej przepełnione bólem i niedowierzaniem.
„Co jeszcze ukrywasz?” Pomyślała.
Chwilę potem Lore siedziała zamknięta w celi nie będąc w stanie się poruszyć. Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła i usłyszała. Percy zdrajcą. Wątpiła by te słowa mogły przejść jej przez usta, ale nie miała siły by to sprawdzić.
Nie zwracała uwagi na to że jej mokre ubranie zaczyna zamarzać. Nie zwracała uwagi na to, że nie wie czemu jest mokra. "Zdradził.” Pomyślała. W tej chwili przez jej ciało przeszła fala gniewu. „Zapłaci za to. Choćbym miała przy tym umrzeć."
***
Nie wiedziała ile czasu tam spędziła zanim strżnicy wywlekli ją z celi i postadzili na twardym krześle w cuchnącej sali, oświetlonej tylko jedną, brudną żarówką. Potem przywiązali jej nadgarstki i kostki do siedzenia skórzanymi pasami.
- Jak samoczucie? - Zapytał pogodnie Zamaskowany, z zieloną maską, wchodząc do sali.
Lore milczała.
- Hmmm... Lepiej ci będzie ze mną rozmawiać. - Ton jego głosu się nie zmienił. - Jestem Igor. Może o mnie słyszłaś? - Nachylił się nad nią.
Miała na koʼncu języka kąśliwą uwagę, ale się powstrzymała. Miała zamiar uparcie milczeć. Tyle, że nie wiedziała czy wytrzyma...
Igor westchnął.
-Milczenie przysporzy ci jedynie bólu, ślicznotko. - Chwycił w palce jej podbródek i uniosł. - Aleś ty brudna! Taka dama powinna o siebie dbać.
"No to pięknie. Trafiłam na czubka..." Pomyślała Lore, ale znowu nie odpowiedziała.
- No to co? - Zapytał z szerokim uśmiechem. - Zaczynamy? - Odpowiedział mu jedynie dźwięk szybkiego bicia serca Lore, który w ciszy odbijł się od ścian. - Kiedy ostatnio widziałaś się ze swoim bratem? - Spytał łagodnie. Lore była ciekawa ile ma cierpliwości...
Nie odpowiedziała a Igor westchnął cicho i podszedł do strażnika. Powiedział mu coś na ucho, z uśmiechem. Oczywiście. W Lore nagle wezbrała się fala gniewu, miała ochotę zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy raz na zawsze. Postanowiła zmienić taktykę.
- W towarzystwie nie mówi się na ucho. - Powiedziała głosem pewnym, ale wypranym z emocji. - I nie, nie kojarzę cię, ale to pewnie dlatego, że nie interesuję się robactwem.
Wyprostował się i spojrzał na nią. Poszerzył uśmiech.
- Zła taktyka. - Strażnik wyszedł a Igor znowu się do niej zbliżył. - Zawsze miałem słabość do blondynek. - Powiedział okręcając w palcach kosmyk jej włosów. Przeszedł ją dreszcz.
Do pomieszczenia wszedł strażnik niosąc... radio. Postawił je na ziemi a Zamaskowany je włączył i ustawił odpowiednią stacje.
- Siedziba Międzynarodowego Oddziału została zdobyta. - Spikerka mówiła szybko. W jej głosie słychać było bezsilność. - Nastąpił również atak na siedzibę Hiszpaʼnską i okolice. Szacuje się, że życie straciło około 50 osób. Nie wiadomo nic o losach żołnierzy przebywających w budynkach Oddziałów. Ludziom zaleca się ukrycie... - Igor wyłączył urządzenie.
Lore starała się nie pokazywać żadnych emocji. Od środka wszystko ją skręcało.
- Idealnie na wiadomości. W sekrecie wyjawię ci, że twoi najbliżsi przyjaciele nie mają się dobrze. - Usta Igora wygięły się w podkówkę. - Ale ty możesz skrócić ich cierpienia. Wystarczy, że wyjawisz mi gdzie ukrywa się Michael.
- Musiał wam bardzo zaleźć za skórę. - Powiedziała tylko. "Moja krew." Dodała w myślach. - A ja nie mam pojęcia gdzie on jest. Ostatnio widziałam go trzy lata temu. Przez większość czasu myślałam, że nie żyje. - Jej głos był pewny a oczy puste.
Igor zacmokał.
- Naprawdę miałem nadzieję, że będziesz współpracowała. - Powiedział po czym ją spoliczkował. - Mów pawdę, dzieczyno! - Podniósł głos.
- To jest prawda, skurwysynu! - Wrzasnęła mu w twarz. Wiedziała, że to błąd, ale miała to w nosie. Nikt nie ma prawa jej policzkować. Miała zamiar być najoporniejszym więźniem na jakiego miał okazję trafić. Mimo, że mówiła mu prawdę.
Igor zastygł na chwilę zaskoczony po czym znowu uderzył ją w twarz. Tym razem pięścią. Lore poczuła w ustach metaliczny smak krwi.
- To był błąd. - Powiedział.- I przysięgam, że go pożałujesz. - Kiwnął na strażnika a ten zbliżył się i odwiązał ją i postawił na nogi. Nie wiedziała co jej podali, ale na pewno działało dobrze. Siły ledwo jej starczyło na to, żeby utrzymać się w pionie.
Strażnik uderzył ją w brzuch. Siła ciosu zwaliła by z nóg człowieka w pełni sił... Upadła na ziemię i poczuła kopnięcie. Rozległ się dźwięk pękających żeber...
***
Znowu leżała w swojej celi. Nie miała siły by się podnieść czy chociażby ruszyć... Klatka piersiowa bolała je niemiłosiernie, pęknięte żebro uniemożliwiało głębszy wdech. Było zimno, ale nie zwracała na to uwagi. Myślała o tym, że to jej koniec.
"Umrę tutaj..." Chodziło jej po głowie.
Nie była w stanie zbliżyć się do wody czy jedzenia. Nie chciała tego...
Po kilku godzinch, które wydawały się latami, po kilku próbach snu, Lore stwierdziła, że widzi księżyc.
"Okno." Pomyślała.
Gapiła się w nie przez kilka chwil i podniosła się ciężko na rękach. Rozejrzała się po celi. Była mała, kwadatowa i ciemna.
W oknie była krata.
"Zwykłe więzienie." Przeszło jej przez myśl. "Skoro potrafię to dostrzec to znaczy, że narkotyk przestaje działać..."
Oparła się o ściane tłumiąc jęk bólu i zastanowiła się nad tym co robić.
"Dać się zabić lub uciec. Ale  jak?"
"Albo liczyć na ratunek..."
"To koniec." Pomyślała znowu. Nie ma szansy... Starała się wykrzesać z siebie choć jedną pozytywną myśl, lecz nie udało się... Była zmęczona i obolała. W tym momencie bardzo żałowała, że obraziła Igora.
Powoli osunęła się na ziemię...
***
*Kilka godzin wcześniej, baza Międzynarodowa*
- Znamy ten budynek jak nikt inny. - Szeptał Grunnie do Jaspera. - Musi być jakiś sposób by się wydostać.
- Jest w piwnicy. - Odparł zamyślony po czym pokręcił głową - Nie ma najmniejszej szansy by się tam dostać. Nie teraz, nie przy takiej ochronie.
Siedzieli zamknięci w jakiejś sali. W tym momencie przesłuchiwali byli Nando i Szimi. Zaraz mieli przyjść po nich przyjść.
- Jeżeli wejdą do tej sali będziemy skoʼnczeni. - Jęknął Grunnie z nutą paniki w głosie. - Myślisz,że dorwali Wyklętych? Lore i Percy'ego?
- Cholera, Grun. nie wiem! Daj mi chwilę na obmyślenie planu!
Jasper zawsze wyróżniał się inteligencją od swoich rówieśników, chociaż na to nie wyglądał. Zawsze był z tego dumny...
Teraz trzęsły mu się ręce  a w głowie miał blokadę.
Myśl, Jasper, myśl! Poganiał się.
W tym momencie drzwi się otworzyły. Oboje zakleli a do pomieszczenia weszła Zamaskowana. Miała żółtą maskę.
Z tego co Jasper się orientował kolory oznaczały stopnie. Najważniejszy był bordowy, potem zielony, niebieski, żółty i fioletowy. Tych ostatnich było najwięcej.
O dziwo dziewczyna weszła sama. Spod maski wystawały długie, rude włosy.
- Idziecie ze mną - Powiedziała. - Tylko bez numerów. Przysłał mnie Michael. Wyprowadzę was.
Nic nie odpowiedzieli tylko za nią wyszli patrząc po sobie. Przeszli przez pół ośrodka mijając różnych Zamaskowanych i skierowali się ku piwnicy. Tak jak przewidzieli dziewczyna zaprowadziła ich do włazu zasłaniającego odpływ ściekowy.
- Nie można się tam zgubić. - Mówiła szybko. Zaraz może się ktoś zjawić. - Michael będzie tam na was czekał. Powie wam co robić. Byle szybko.
- Dziękujemy. - Powiedział Jasper.
- Co z resztą naszych? - Zapytał szybko Grunnie.
- Wszystkich nie jestem w stanie uratować. - Uśmiechnęła się smutno. - Idźcie! - Ponagliła.
Weszli do ciemnej otchłani. Nie wiedzieli czego się spodziewać, czy tajemniczej nieznajomej można ufać... Ale czy mieli jakieś wyjście?
__________________________________________________________________________________________________________________________________

środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział siódmy.

- Nie mówiliście jak się nazywacie. - Powiedział Trevor przy kolacji do Lore i Percy'ego.
- Nazwiska nie mają ponoć dla was znaczenia. - Odparła sztywno Lorreine.
- Nie mają jeśli chodzi o twoją rodzinę. Rozumiemy, że rodziny się nie wybiera, lecz nazwisko może też świadczyć o tobie. Może to ciebie powinniśmy nie lubić a nie twojej rodziny? Jak więc brzmią wasze nazwiska? Chcę wiedzieć kogo przyjąłem pod swój dach. - Odprł twardo.
- Percy Dawlish. - Przy stole na chwilę zapadła cisza.
- Jeden z pierwszych? - Powiedział w koʼncu zaskoczony Trevor. - Gdybym wiedział nie pozwoliłbym ci tak łatwo tu zostać. Wieść o twojej śmierci musi być wielkim ciosem dla Oddziałów. - Zamyłił się na chwile po czym zapytał: -  A ty?
- Lorreine Worple.
Wszyscy przy stole zamilkli na dłużej niż chwilę.
- Siostra Michaela? - Zapytała Mina. Lore pokiwała wolno głową.- Poznałam go, kiedy dołączył do Zamaskowanych. - Powiedziała smutno. - Pomógł mi stamtąd uciec. Pociesze cię myślą, że nie zdradził Oddziałów bo tego chciał, tylko dlatego, że został do tego zmuszony.
- Najbardziej się bał, że ty dowiesz się, że zdradził i że przez to przestanie być twoim dobrym starszym bratem. - Dodała Tatum. 
Lorreine bardzo chciała się odezwać, ale bała się że zawiedzie ją głos.
Jak ja mogłam w niego wątpić? Pomyślała. Nigdy nie przestanie być moim dobrym, starszym bratem.
- Nie wiesz czy jeszcze żyje? - Spytał Percy. - W Oddziale był moim przyjacielem. 
Mina pokręciła smutno głową.
- Nie wiem, ale miał na to małe szanse. W ich szeregach szybko wyczuwa się zdradę.
- Jak go zmusili? - Spytała Lore.
Zielonooka dziewczyna spojrzała na nią smutno.
- Nie wiem do końca, ale chodziło o to, że zrobił coś co by się nie spodobało Oddziałowi. Podczas przedwojennej bitwy. Wiem też że go kimś szantażowali. Nie mówił nic więcej. W ogóle mało co mówił. 
Lorreine grzebała smutno w swoim talerzu. Straciła apatyt. Podziękowała i wstała od stołu. Znała już drogę do pokoju, w którym spała. Tuż za nią do do pokoju wszedł Percy.
- Jak się czujesz? - Spytał z troską.
- W porządku. - Powiedziała. - Tylko chciałabym wrócić do domu. A to dopiero początek. 
Percy smutno pokiwał głową. Usiadł obok niej.
- Wyjdziemy z tego. Czy raczej stąd. Wystarczy, że nam zaufają.
- Masz jakiś pomysł na wzbudzenie zaufania? - Spytała Lore. Chłopak zaprzeczył. - Więc powinniśmy się przyzwyczajać do życia bez słońca.
*** 
Lorreine gotowała makaron. Dzisiaj to jej kolej na objęcie rządów w kuchni. Teraz przyszedł czas na obiad.
Zastanawiała się skąd Trevor i jego ludzie biorą te wszystkie składniki. Niestety nie chcieli jej tego powiedzieć. Tego i tego gdzie znikają czasem na chwilę czasem na godziny, zostawiając strażnika.
Właściwie to nic o nich nie wiedziała. Kim są, czemu opuścili Zamaskowanych, jakim cudem utrzymują się tu przy życiu, kto im pomaga? Musiała ich o to zapytać, w końcu oni też domagali się wiadomości o niej i Percym. Obawiała się jednak, że nic jej nie powiedzą. Trevor miał bardzo skrytą naturę, pewnie przez to, że nie miał łatwo w życiu, nie mógł nikomu zaufać.
Dlatego tu siedziała.
Zdążyła zauważyć, że jeśli powiedzieć o jego Paczce rodzina, to za mało. Byli ze sobą zżyci i ufali sobie. Lore nie była pewna do jakiego stopnia, była jednak pewna, że był to niezbędny element do jej powstania.
- Smacznego. - Powiedziała stawiając przed nimi garnki makaronu i sosu. Sama usiadła obok Percy'ego i zaczekała aż wszyscy sobie nałożą i zabrała się za swoją porcję. Wyszło całkiem smacznie.
Tymczasem rozmowa przy stole zeszła na temat Percy'ego:
- Więc przeżyłeś całe trzy lata wojny. - Zaczął Andrew. - To całkiem sporo.
- Prawda. Jak długo wy w tym siedzicie? - Odpowiedział Percy.
- Ja dwa lata. - Odparł Andrew.
- Ale ty nie siedzisz w tym jako jedyny taki szmat czasu. - Odezwała się Tatum. - Ja też liczę trzy latka na wojnie.
- Ja też. - Odezwał się Trevor. - Mike jest z nas najmłodszy, ma tylko dziewiętnaście lat, uciekł po trzech miesiącach.
- To ma przynajmniej trzy miesiące. - Odezwała się Lorreine. - Ja jestem w tym trochę ponad tydzień.
Wszyscy odwrócili się w jej kierunku zaskoczeni.
- I wysłali cię na misję? - Spytała Lilith.
Lore uśmiechnęła się krzywo.- Wygrałam sobie wyjazd poprzez pojedynek. Miałam wybór, wiedziałam co będzie jak wygram...
- I opłaciło się. - Powiedział Luke. Lore spojrzała na niego zaskoczona.
- Masz na myśli bycie uwięzioną przez was i to że dla świata zginęłam?
- Nie. Mam na myśli, że możesz zmienić bieg wojny. Wystarczy zobaczyć ile zmienił twój brat! Ty będąc u nas możesz zrobić wiele więcej dla tej wojny niż na zewnątrz.
- Co zmienił mój brat? - Zapytała Lorreine. Zauważyła, że tu często się o nim mówi. Jeszcze nie wiedziała czy to dobrze...
- Z waszej strony niewiele, bo nie zauważyliście co działo się u nas. - Odpowiedział Trevor. - To on zapoczątkował ucieczki. Grał z Zamaskowanymi tak jak kot bawi się z myszą. Pomógł uciec większości z nas. Przypomnę, że powinno być nas więcej, ale reszta została powybijana przez Oddział, albo Zamaskowanych. Kierownictwo dostawało szału bo nie wiedziało kto nam pomaga.
- Skoro Mike jest tu od niedawna to nie wie co z Michaelem się teraz dzieje? - Spytał Percy.
Blondyn pokręcił głową.
- Nikt nie wie. Kierownictwo milczy a on nagle zniknął. Ale myślę, że to nie oni go złapali, inaczej rozgłosiłoby kto odpowiada za ucieczki, chełpiłoby się tym, że wygrali i pokazywaliby Michaela jako przestrogę, że ich nie da się oszukać, tak samo jest z Oddziałem, myślę, że to też nie oni. Cholera wie co temu człowiekowi chodzi po głowie. 
Po tych słowach nikt się nie odezwał. Dokończyli posiłek w milczeniu. Percy odezwał się dopiero jak byli w pokoju
- Powinienem ci coś powiedzieć. - Zaczął niepewnie.
Nie widząc u Lore żadnych niepokojących reakcji, powiedział:
- Pamiętasz jak mówiłem, że należę do osób, które nie wierzą w jego zdradę? Przed swoim zniknięciem powiedział mi, że wpakował się w spore kłopoty, i że musi zniknąć. Powiedział mi też, że za najpewniej ty również dołączysz do wojska. Poprosił mnie, że gdybym przeżył do tego czasu to żebym zaopiekował się tobą. - Zrobił pauzę. - I żebym powiedział ci, kiedy już wszystkiego się dowiesz, że wiele dla niego znaczyłaś, i że przeprasza cię za to zrobił bądź zrobi.
- Dlatego ze mną tutaj zostałeś. - Powiedziała Lore. Percy kiwnął głową. W jej oczach zbierały się łzy. Tak bardzo chciała go zobaczyć, dowiedzieć się całej prawdy, poznać całą historię.
- Przepraszam, że mówię ci to dopiero teraz.
- A kiedy miałeś mi powiedzieć? Wszystkiego dowiaduję się teraz. Poza tym tutaj mam dużo czasu na myślenie. Mogę wszystko dokładnie przemyśleć...
*** 
Jasper patrzył w stronę Generała. Zastanawiał się jakim trzeba być człowiekiem, by nie udzielić pomocy, albo chociaż nie spróbować jej udzielić, nie poradzić się innych. Jakim trzeba być by zabijać niewinnych?
- Przestań się gapić. - Odezwała się Robie. - Zacznie się zastanawiać o co chodzi. 
Siedzieli w czwórkę przy stole w jadalni. Czwórkę, bo Nando został przeniesiony w zamian za Kim do Międzynarodowego. Od incydentu z Wyrzutkami trzymali się razem, osobno od pozostałych Oddziałowych. Wszyscy myśleli, że opłakują Percy'ego i Lore.
- Chcę to wszystko już skończyć. - Powiedział cicho Jasper. - Nienawidzę się za to, że ich tam zostawiliśmy.
- Cicho. - Szepnął Nando. - Trochę to nieodpowiednie miejsce na wywnętrzanie się. Poza tym mają się dobrze. Nie muszą cały czas kłamać i żyć z wiedzą, która nie powinna w ogóle istnieć. Osobiście mam ochotę coś z tym wszystkim zrobić, ale nie wiem co.
- Cholera ludzie! - Odezwał się Grunnie. - Nie przy wszystkich, dobra? Wszyscy ucichli.
Jasper wstał, odniósł tackę i wyszedł na podwórko leżące na terenie Oddziału.
Popatrzył w gwiazdy.
- Szkoda, że tego nie widzisz. - Powiedział na głos.
- Nawet nie wiesz jaka. - Odpowiedziała Lore w nadajniku. - Już za tym tęsknię. Może nie mów nic na razie, bo wezmą cię za wariata mówiącego do siebie.
- Więc ty mów. - Powiedział. Lore zaśmiała się cicho.
Mimo jej sytuacji robiła to bardzo często.
-Wiedziałeś, że Percy świetnie gotuje? Zrobił dzisiaj pyszną pomidorową. Do tego znów dowiedziałam się czegoś o Michaelu. - W jej głosie usłyszał ból, który natychmiast ukryła. - Okazało się, że nie był zwykłym Zamaskowanym, był prawie, że w Kierownictwie. Cholera wie, co zrobił by się tam dostać i to na tak wysoką pozycję jaką zajął. Zastanawiam się ile jeszcze o nim nie wiem, mimo że znałam go piętnaście lat. - Westchnęła ciężko. -  No nie ważne, muszę kończyć idzie Percy. Pa! W słuchawce zaległa cisza.
Działały tak, że czuł, że osoba, z którą rozmawia jest obok, ale nie może jej zobaczyć, dotknąć. Zawiał zimny wiatr. Jasper dopiero teraz zdał sobie sprawę, że to była wyjątkowo ciepła zima. Nie było nawet śniegu. Ta myśl dodatkowo go przygnębiła.
- Nie przejmuj się tym tak. - Usłyszał głos Nando za plecami. - Zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy.
- Teraz akurat myślałem o tym, że nie ma śniegu. - Odparł Jasper. - Nie uważasz, że to dziwne? Przecież zima słynie ze śniegu. 
Nando uśmiechnął się krzywo. Jasper jakoś nie potrafił się do niego przekonać...
- Tak, to dziwne, ale w tych rejonach chyba dawno nie było srogiej zimy.
- Nie to co u mnie w domu. - Westchnął cicho. - Jestem przyzwyczajony do śniegu. Na Alasce to normalne.
- Jesteś z Alaski? To po cholerę przyjeżdżałeś do Europy? - Zapytał Zaskoczony Nando.
- Bo mnie tu przenieśli. Jestem dobrym żołnierzem. - Dodał sucho. - I spełniam rozkazy moich dowódców.
W tym momencie usłyszeli skrzypienie otwierającej się bramy.
- Kto przyjechał? - Spytał zaskoczony Nando.
- Nie mam pojęcia. Myślałem, że wszyscy są obecni i nie ma aktualnych misji. Chodźmy to sprawdzić. 
Kiedy cicho podeszli zobaczyli samochód z logo Oddziału wjeżdżający przez bramę.
- Cadwaller nie mówił nic, że ktoś ma przyjechać. - Szepnął Jasper do Nando. - A wszyscy z naszego oddziału są na kolacji, oprócz strażników.
- To popatrz. - Nando wskazał jednego strażnika leżącego obok swojej budki.  Jasper zaklął cicho.
- Musimy powiedzieć Cadwallerowi.  Po cichu wymknęli się znów do jadalni. Cadwaller siedział dalej na miejscu. Podeszli do niego.
- Generale, melduję, że przez bramę wjazdową przedostał się pojazd a nasi strażnicy są nieprzytomni. - Powiedział Jasper głośno i wyraźnie.
W jadalni zapadła cisza.
- Nie zauważyli nas, mają logo Oddziałów. - Dodał Nando.
- To na pewno nie nasi. - Odparł Generał. Podrapał się po głowie. - Prawdopodobnie to Zamaskowani. Jeśli tak to mamy problem. - Powiedział głośno w stronę sali. - Nie mamy broni, kamizelek albo choćby tarczy. Otoczą nas i będziemy na straconej pozycji... - Przerwał bo w tej chwili drzwi jadalni otworzyły się z hukiem.
Wszedł przez nie wysoki mężczyzna w bordowej masce. Cadwaller jęknął. Jasper i Nando wycofali się w szereg Oddziałowców.
- Smacznego. - Powiedział grubym głosem. Za nim weszło około dwudziestu uzbrojonych zamaskowanych ludzi, przez okno widać było jeszcze z czterdziestu takich. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Muszę przyznać, Ikerze, że jednak trochę tak. - Powiedział Cadwaller. Nie było widać jak zareagował na to przywódca Zamaskowanych, bo maska zakrywała całą twarz. Powiedział tylko:
- Nie mogę powiedzieć, że mi z tego powodu przykro. - Jego głowa okręciła się, co było znakiem, że się rozgląda. - Przybyliśmy tu z pewną sprawą. A właściwie jedną. - Kiedy to mówił jego ludzie otoczyli stoły i odbezpieczyli broń gotowi atakować. - Po pierwsze, która z dziewcząt to Lorreine Worple?
W sali zapanowała idealna cisza. Jasper zadrżał. Domyślał się, że chodzi o jej brata. W końcu odezwał się Generał:
- Nie żyje.
- Nie żyje, czy może zniknęła? Uciekła, odeszła? - Dopytywał Iker.
- Nie, zginęła. Na swojej pierwszej misji.
- Chcę zobaczyć jej ciało. 
Nando spojrzał ukradkiem na Jaspera a Grunnie chwycił Robie za rękę. Kiedy generał nie odpowiedział Zamaskowany odbezpieczył broń i wycelował z stojącą najbliżej dziewczynę. Tłum poruszył się gniewnie, wszyscy stali.
- Nie ma ciała. - Powiedział w końcu coraz bardziej spięty Generał.
- Nie ma ciała, więc nie wierze wam! - Wybuchnął gnienie Zamaskowany. - Ukrywacie ją przede mną, bo wiecie, że jest w niebezpieczeństwie ze względu na jej cholernego brata! Natychmiast chcę zobaczyć, ją albo jej ciało! Natychmiast! 
Był wściekły, teraz wycelowal w Cadwallera. Wszyscy żołnierze Oddziału znów poruszyli się niespokojnie a co za tym idzie Zamaskowani zgromadzeni na jadalni. Widząc to  ich przywódca opuścił broń, ale jej nie schował.
- Została najprawdopodobniej zeżarta przez jakieś zwierzę żyjące w waszym starym tunelu. - Powiedział Generał. Iker zaśmiał się okrutnie.
- Nie mamy żadnych opuszczonych tuneli. - Zmieniał ton. - Chcę pozostałych, którzy uczestniczyli w misji.  Nikt się nie poruszył. Zamaskowany znowu się zaśmiał. - Jesteście w marnej sytuacji, więc sprzeciw nie jest dobrym wyjściem. Jeśli zaraz nie wyjdziecie ludzie zginą wcześniej niż zamierzałem ich zabić. 
Grunnie drgnął. Nando westchnął. Jasper przełknął głośno ślinę. Wszyscy troje wyszli na środek. Za nimi wyszły Greta i Szimi.
- Potwierdzacie jej śmierć? - Spytał Iker podchodząc do nich wolno. Wszyscy pokiwali głowami.
Zamaskowany uśmiechnął się krzywo i zapytał kto jeszcze zginął.
- Ty mi odpowiedz. - Wskazał na Jaspera.
- Zginął jeszcze Percy Dawlish. - Iker drgnął.
- Ten stary wyjadacz, dał się zjeść? Myślicie, że na to pójdę!? Gadaj gdzie to było!
- W Hiszpanii, na paśmie gór Asturia. 
Ku zdziwieniu wszystkich przywódca Zamaskowanych znów wybuchnął śmiechem wykrzykując „Wyklęci!!!”. Zaraz się uspokoił i wyjaśnił swoim żołnierzom:
- W Hiszpanii ukrywają się te wyrzutki, które nam uciekły, ty wiesz o czym mówię Cadwaller, ale twoi żołnierze pewnie nie, co? - Po tych słowach znów się zaśmiał i kręcąc głową powiedział zwracając się do jednego ze swoich ludzi:
- Zabierz stąd wszystkich oprócz tej piątki i Cadwallera. I wyślij kogoś po naszych starych znajomych.
*** 
Słysząc to całe zdarzenie z słuchawkach Lore zamurowało. Oni również byli w czasie kolacji, dopiero co ją zaczęli. Wszystkie Wyrzutki, Percy i Lore zastygli gdy usłyszeli o czym rozmawiają Jasper z Nando w krzakach przy budynku jadalni. Potem było tylko gorzej. Kiedy Iker zapytał o Lorreine, dziewczyna zwinęła się z przerażenia na krześle. Czego oni ode mnie chcą?
- Chodzi o Michaela. - Powiedział Trevor. - Chcą się dowiedzieć czy się z tobą kontaktował.
- Nie musisz mi tego mówić. - Powiedziała Lore sucho. - Wystarczy mi tylko tyle, że przez to napadli na Oddział.
- Myślisz, że to przez ciebie? - Spytała Tatum. - I tak by to zrobili.
- Ale dzięki mnie mieli odpowiedni pretekst.  Kiedy na jadalni w Oddziale Zamaskowany wypytywał Jaspera o to kto jeszcze zginął i powiedział gdzie wszystko się odbyło Trevor zrobił się blady.  
- Luke, zabierz najpotrzebniejsze rzeczy. Każdy niech się spakuje. Wyjeżdżamy najszybciej jak się da. - Powiedział sucho.
- Dokąd? - Spytał Percy.
Przywódca Wyrzutków spojrzał na niego z iskierkami w oczach.
- Was to nie interesuje. Już nie ma znaczenia czy będziecie z nami czy przeciwko nam. Jeśli pójdziecie z nami przysporzycie nam tylko kłopotów. Jesteście Wolni, ale na waszym miejscu bym się gdzieś ukrył.
Zrobiło się zamieszanie. Każdy biegał i zbierał swoje rzeczy. A Lore stała obok Percy'ego, próbując przekonać go by się ruszył. Zamiast tego wrzasnął na całą grotę:
- STOP!
Wszyscy znieruchomieli patrząc na niego zdziwieni. Jego twarz przypominała maskę.
- Nie możecie się stąd ruszyć. - Oświadczył w koʼncu. - Zbyt długo was szukaliśmy.
Lorreine wciągnęła głośno powietrze a Wyklęci wytrzeszczyli oczy...
__________________________________________________________________________________________________________________________________
I jak? :D

wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział szósty.

- Wyjdę im naprzeciw. Powiem, że nie jesteście wrogami i razem zastanowimy się co robić.
- Mam cię od tak puścić w tunele? - Trevor się zaśmiał. - Po pierwsze nie ufam ci za grosz a po drugie zgubisz się.
- To niech Tatum pójdzie ze mną. - Powiedziała niechętnie.
Trevor spojrzał na dziewczynę zamyślony i powiedział:
- Zezwalam na użycie broni, Tatum. 
Dziewczyna pokiwała głową, wzięła Lore za łokieć i poprowadziła w tunel.
- Nie musisz tak ostro. - Syknęła Lore. Tatum szybko wzięła rękę.
- Przepraszam. - Powiedziała sucho.
Chodziły po tunelach prawie w całkowitych ciemnościach, Tatum miała tylko fluorescencyjne laski. Po około dziesięciu minutach usłyszały stłumione głosy. Lore poczuła ulgę. Nic im się nie stało.
Tatum podała Lore jasną pałeczkę, szepnęła, że tylko popatrzy i skryła się w cieniu.
- To wy? - Lorreine spytała głupio. Szepty natychmiast ucichły.
- Lorreine? - Spytał głos Percy'ego.
- Tak, to ja. - Usłyszała szybkie kroki i zobaczyła Percy'ego w słabym świetle pałeczki. Na jej widok uśmiechnął się szeroko.
- Tak się martwiłem. - Uścisnął Lore mocno, zaskakująco. Chyba zdał sobie z tego sprawę, bo odsunął się szybko. - Wszystko w porządku? - Spytał bo zauważył, że Lore nie ma już na sobie munduru, tylko wyciągniętą koszulkę i obdarte, obcięte jeansy.
- W sumie to tak, ale wyjaśnię wam później. Pod jednym warunkiem: Schowajcie broń i pod żadnym warunkiem jej nie wyciągajcie, dobrze? - Chłopaki pokiwali głowami.
W tym momencie z cienia wyszła Tatum. Jasper, Grunnie, Nando i Percy odruchowo sięgnęli po broń. Lore odchrząknęła, a oni się opanowali.
- Chodźcie. - Powiedziała Tatum sucho.
***
- Nie miałem pojęcia! - Powiedział szczerze zdziwiony Percy. - Cholera, tyle dla nich zrobiłem, od dużej większości jestem w Oddziale dłużej, a oni tak mi się odpłacają?! Niech no ja tylko wrócę na górę... 
Siedzieli w obszernym pokoju razem z wszystkimi Wyrzutkami, jak to siebie nazywali. Cała czwórka nowo przybyłych siedziała w milczeniu, głęboko zamyślona.
- Więc, co z nami zrobicie? - Spytał Jasper. - Jest was więcej, macie broń i coś dzięki czemu widzicie w tych przeklętych tunelach, to jasne, że macie przewagę, powiedzcie nam chociaż jakie macie wobec nas plany.
Trevor zamyślił się.
- Miałem nadzieję, że nam pomożecie. - Uśmiechnął się lekko. - Postawcie się na naszym miejscu.
- Najłatwiej byłoby nas zabić. - Powiedział Jasper, ale dodał potem szybko. - O ile nie macie sumienia.
- Albo możecie nam zaufać, wypuścić a my zawalczymy o was w Oddziale, zapewnimy ochronę. - Powiedział Nando.
- Nie ma szans. - Odparł szybko Trevor. - Prędzej zdradzę swoją grupę niż zaufam wam bez podstaw. - Zrobił krótką przerwę. - Andrew pokaże wam gdzie będziecie spać. Jutro zadecydujemy co dalej.
*** 
Dla bezpieczeństwa zostali podzieleni na trzy grupy: Lore spała w pokoju z Percym,  Grunnie z Jasperem a Nando sam. Żeby nie knuli razem planów ucieczki. Ale nawet im to nie przyszło do głowy. Byli zbyt wstrząśnięci faktem, że Oddział ich wszystkich oszukał.
Najbardziej trafiło to Percy'ego.
- Niech no ja się tylko stąd wydostane. - Mruczał pod nosem. - Cadwaller pożałuje, lepiej, żeby miał poważny powód, dla okłamywania wszystkich Oddziałów i jego żołnierzy. Ja mu pokażę... 
Lore ziewnęła i zwinęła się na materacu, zamknęła oczy i już miała zasnąć gdy odezwał się głos Percy'ego:
- Jak ty możesz teraz spać?
- Boli mnie głowa, jestem naćpana lekami przeciw bólowymi i miałam ciężki dzień. - Odpowiedziała zgryźliwie. - Jestem śpiąca.
- Tyle się wydarzyło! Nie martwisz się?
- O co? Co z nami zrobią? - Prychnęła. - Czemu mamy martwić się o jutro? Przysporzy nam to tylko zmartwień. Wojna cię tego nauczyła, martwienia o jutro? Wszyscy martwią się o przyszłość a „Co ma być to będzie, a kiedy już będzie to trzeba się z tym zmierzyć.” 
Percy zamyślił się.
- Gdybyśmy nie martwili się o jutro, wojna nie miała by końca.
- Mylisz, się. Walcząc o to co jest teraz, walczysz o to co będzie. Poza tym walczymy nie po to by jutro było lepsze, tylko po to by ludzie byli bezpieczni, żeby nie zasypiali z myślą, że mogą się obudzić z poderżniętymi gardłami. Od trzech lat każdy martwi się o życie, że obudzi ich huk bomb i strzelanina. Wojujemy po ty by przestali się tym dręczyć.
- Właśnie, walczymy o to aby nie musieć się martwić o jutro. Ty się go nie boisz, ale nie uwierzę, że nie martwisz się o tym, że twoje życie jest w rękach Wyrzutków.
- Trevor jest mądrym i dobrym przywódcą. - Powiedziała powoli. - Jest oddany swojej bandzie, zrobi wszystko by nic im się nie stało. Już lepiej zginąć z rąk kogoś o dobrym sercu, niż kogoś kto ignoruje i próbuje zabić niewinnych ludzi, jak Cadwaller.
Percy nie odezwał się. Lorreine wiedziała, że myślał o ich Generale.
- I co ja mam teraz zrobić? - Wykrztusił w końcu. - Nie mogę już służyć Cadwallerowi, nie chcę odchodzić z wojska, nie chcę też zmieniać Oddziału bo międzynarodowy jest najlepszy a do tego to i tak nic nie zmieni, dalej będę oszukiwany bo główną władzę i tak ma Cadwaller.
- Z czasem wszystko wymaga jakiegoś poświęcenia. - Szepnęła Lore.
***
- Nie możecie z nami zostać. - Odparł stanowczo Trevor. - Już i tak ledwo dajemy radę z zapotrzebowaniem, poza tym nad naszym wejściem zbiera się grupa ratownicza Oddziału.
- Gdybyście wypuścili jednego z naszych, żeby powiedział, że nic tam nie i że resztę zeżarły dzikie zwierzęta nie byłoby problemu. Albo jeszcze lepiej wypuście nas wszystkich!
- Powiedział Nando. - Nie wydamy was, możemy wam tylko pomóc.
- A dlaczego mielibyście to robić? - Spytała Mina, dziewczyna z grupy Trevora.
- Bo nie jesteśmy Cadwallerem. - Powiedział sucho Jasper.
- A poza tym nie jesteśmy głupi. - Dodał Grunnie. - I wy też nie jesteście. Wiecie ile mielibyście korzyści z piątki sojuszników na górze.
- Nie możemy wam ufać. - Powtórzył twardo Trevor. - Nie mamy podstaw. Mamy tylko złe doświadczenia z Oddziałowcami.
- Więc wyjaśnijcie jak mamy wam udowodnić, że możecie nam zaufać. - Odezwała się Lorreine.
Trevor spojrzał po twarzach ludzi ze swojej grupy. Luke kiwnął głową.
- Powiedzcie coś co jest tajne.
- A skąd pewność, że nie pomożemy Zamaskowanym? - Odezwał się szybko Percy. Trevor uśmiechnął się. Westchnął i powiedział:
- Widzicie jak ważne jest zaufanie i jak przeszkadzający jest jego brak? Zróbmy tak, wypuścimy was, ale dla pewności, że nie zrobicie czegoś głupiego, dziewczyna zostanie z nami. Powiecie, że znaleźliście tylko jej rzeczy. Nie ma szans na to że żyje.
Wszyscy naraz zaczęli mówić.
- To nie do zrobienia.
- Nie zostawimy jej tak tu.
- Z wami? A skąd będziemy wiedzieć, że nic jej nie jest?
- To nie do zrobienia!
Trevor uśmiechnął się krzywo.
- Damy wam nadajniki dzięki, którym będziecie się z nami kontaktować i vice versa. Gdy tylko usłyszymy, że ktoś niewłaściwy dowiaduje się o czymkolwiek o czym wiedzieć nie powinien, zabijemy ją. Lore będzie miała nadajnik cały czas przy sobie więc będziecie wiedzieli co z nią. 
Nikt się nie odzywał.
- Czemu ja? - Spytała Lorreine. -To złamie moim rodzicom serce. Na tej wojnie zginął też ich syn, mój brat. Chcę wiedzieć czemu ja.
- Bo ty jesteś dla nich ważna. - Odparł Andrew. - Najmłodsza, najświeższa, najbardziej niewinna. Nikt nie chce by stała ci się krzywda. 
Lore uśmiechnęła się krzywo. Pokiwała głową.
- Nie! Nie zgadzam się. - Odezwał się Percy. - Nie zostawię cię tu z nimi samej. - Zwrócił się do Trevora. - Mogę zostać zamiast niej? 
Chłopak pokręcił głową.
- Lubie ją, nie zrobi nam krzywdy. Jest wiele powodów dlaczego akurat ona, ale możesz zostać z nią. 
Ludzie z jego grupy zaczęli pomrukiwać groźnie.
- Cisza! Skoro ma to wam pomóc to zgodzę się na takie warunki.
Wszyscy ucichli. Popatrzyli smutno i przepraszająco to na Lore to na Percy'ego. Wiedzieli, że nie ma innego rozwiązania...
- No to musimy ruszać. Zanim wyruszy grupa ratownicza. - Odezwał się Nando.
Percy powoli pokiwał głową.
Nagle odezwał się Grunnie:
- Mogę opowiedzieć o tym wszystkim mojej dziewczynie? Nie mamy przed sobą tajemnic a do tego jest przyjaciółką Lore, załamałaby się gdy dowiedziała się że ona nie żyje. Nazywa się Maggie Robins.
- Z Ohio? - Spytała Lilith.
- Tak, a co? - Odpowiedział podejrzliwie Grunnie.
- Pozdrów ja ode mnie. - Uśmiechnęła się. - Chodziłyśmy razem do podstawówki.
- Czyli można jej zaufać? - Dopytywał się Trevor.
- W podstawówce można było.
- Więc dobrze. - Westchnął. Zwrócił się do Lore. - Po wojnie odzyskasz wolność. Lub gdy zyskacie moje pełne zaufanie. Przygotować nadajniki! - Krzyknął przez sale do Luka.
Chłopak kiwnął głową i pobiegł tunelem. Po chili wrócił niosąc na rękach woreczki foliowe.
- Wsadza się to do ucha. - Tłumaczył. Lore i Percy też dostali po zestawie. - Jest niewidoczny i głęboko ukryty wasze słuchawki z Oddziału mu nie przeszkadzają. Każdy z nas ma takie nieustannie, wy też ich nie wyjmujcie. - Podał Grunniemu dwie pary. - To dla Maggie. - Wyjaśnił.
Każdy wyjął małą słuchawkę i wsadził do prawego ucha.
***
- Nie wiem co to było, Generale. Widzieliśmy tylko ich porozrzucane i rozszarpane rzeczy. - Mówił Jasper.
- Gdybyście mnie posłuchali i nie wchodzili do tej przeklętej dziury nikt by nie zginął. - Odpowiedziała Generał. - Kto wpadł na ten głupi pomysł, żeby się rozdzielić?
- Percy, proszę pani. - Odpowiedział Nando.
- Udało wam się przynajmniej zbadać te korytarze? - Weschnęła zrezygnowana.
- Tak, pani Generał. - Odparł Grunnie. - Nic tam nie ma. Ta dziura musiała pozostać po ich dawnej kryjówce. Tam nic nie ma.
Lore słuchała sprawozdania chłopaków przez słuchawkę. Były bardzo wysoko  zaawansowane technicznie. Reagowały na głos, mogły połączyć cię z każdym kto miał podobną w uchu. Siedziała pod ścianą w pokoju, który można było nazwać głównym. Tu odbywały się narady, spotkania, posiłki. Lorreine była przygnębiona, wszystko poszło zgodnie z planem. Wszyscy myśleli, że nie żyje.
Moi biedni rodzice...  Myślała. W tym momencie obok niej usiadł Percy. Bez słowa słuchali, jak ich przyjaciele opowiadają kłamstwa, ratujące im życie. Kiedy ich oddelegowano, Lore z trudem powstrzymała łzy. Położyła głowę na ramieniu swojego druha, on w milczeniu objął ją i tak siedzieli myśląc o tym, że dla świata umarli...
__________________________________________________________________________________________________________________________________
I jak się podoba? Bardzo ładnie proszę o opinię :D
Następnego rodiału możn się spodziewać w środę :)

Rozdział piąty.

Zaniepokojeni podeszli do niej powoli. Okazało się, że dziewczyna trzyma w ręce maskę, taką samą jaką nosili ich wrogowie. Wszyscy wciągnęli powietrze. A więc czasami je zdejmują.
- Co tam się do cholery dzieje?! - Wszyscy usłyszeli nerwowy i zły głos Nory w słuchawkach.
- Znaleźliśmy ich maskę. - Odpowiedział Nando. Przez dłuższą chwilę w słuchawkach nic nie było słychać. W końcu Generał odezwała się sztywno.
- To nic nie znaczy. Mógł ją któryś zgubić kiedy... Kiedy zajmowali się naszym Oddziałem.
Wszyscy wiedzieli, że to niemożliwe, ale nikt nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Łatwiej było zrozumieć, czuło się wtedy ulgę, mimo że nie do końca wierzyło się w to co im powiedziała Sapowsca.
Dostali rozkaz, żeby dalej przeszukiwać teren. Po kolejnych pięciu minutach skończyli.
- A więc te wszystkie nerwy na nic? - Spytała niedowierzająco Szimi.
- A mieliśmy zostać bohaterami... - Jęknął Grunnie.
- Jeszcze wojna przed tobą. - Mruknął Nando. 
Lorreine odwróciła się by odejść w stronę Jeepa. Sięgnęła do ucha i wyłączyła słuchawkę mówiąc:
- Do zobaczenia, pani Generał.
Już miała ruszyć z górki kiedy zdała sobie sprawę, że pod jej nogami nie ma gruntu. Z niemym okrzykiem spadła ciężko, raniąc sobie nadgarstek. Nad jej głową rozległ się krótki okrzyk. Spojrzała w górę i zobaczyła krawędź otworu przez, który wpadła mniej więcej siedem metrów wyżej. Zaklęła cicho.
- Nie jesteś ranna? - Spytał Percy wychylając się za krawędź by móc ją zobaczyć.
- Chyba zwichnęłam nadgarstek. - Odpowiedziała przytulając ranną rękę do ciała. Była zbyt daleko by usłyszeć całą dyskusję prowadzoną na górze a do tego była lekko zaślepiona bólem prawej ręki. Docierały do niej tylko strzępy rozmowy:
- Lina została w Jeepie...
- Tam może być niebezpiecznie...
- Czemu ona ma takiego farta?... 
Już miała do nich krzyknąć, że ona też tu jest i wypadałoby ją włączyć do dyskusji, kiedy usłyszała szuranie butów. Zamarła i po raz pierwszy rozejrzała się. Zobaczyła tunel prowadzący w ciemność. To stamtąd dobiegało szuranie. Ktoś tu szedł, a ona ranna i przez to bezbronna siedziała na tyłku zbyt sparaliżowana by krzyknąć o pomoc. Kiedy odgłos kroków stał się bardzo bliski zebrała w sobie siły i krzyknęła- Ktoś idzie!!!  Głosy nad nią zamarły, szuranie również. Ten ktoś musiał ją usłyszeć, nie było innej możliwości, był tak blisko. Czyżby się jej nie spodziewał? Ta nienaturalna cisza trwała mniej więcej sekundę. Potem przy końcu tunelu, czyli zbyt blisko niej, zobaczyła ludzką sylwetkę. Lore krzyknęła, po czym zapadła ciemność...
***
- Nie można jej tak zostawić! - Upierał się przy swoim Percy.
- Trzeba zawołać o pomoc i powiadomić Oddział. - Upierała się przy swoim Greta.
Tuż przed tym jak Lorreine wpadła do tej przeklętej dziury wszyscy wyłączyli słuchawki.
- Więc pójdźmy na kompromis. - Zaproponował Jasper. - Ja z Percym, Grunniem i Nando pójdziemy po nią a wy zaczekacie na pomoc, po czym wejdziecie do tej dziury za nami.
- Nie możemy się na to zgodzić. - Zaoponowała Szimi. - To zbyt niebezpieczne, wyleją nas za to, że pozwoliłyśmy wam pójść. Was też za to, że złamaliście rozkaz. „Zabraniam schodzenia w jakiekolwiek dziury.” Pamiętacie?
- W nosie to mam. - Warknął Percy. - Tu liczy się każda sekunda! Może zdołamy ją uratować. Potem powiemy, że nie byłyście w  stanie nas powstrzymać. 
Spojrzał na Nando, Grunniego i Jaspera, żywo pokiwali głowami. Nie patrząc na dziewczyny skierowali się ku dziurze.
*** 
Bolała ją głowa i było jej zimno. Lore odruchowo naciągnęła kołdrę po brodę. Nie poczuła kołdry, albo chociażby koca. Usiadła gwałtownie przypominając sobie ostatnie wydarzenia. Niestety, zmiana pozycji spowodowała gwałtowny i ostry ból w prawym nadgarstku. Syknęła i odruchowo przyciągnęła rękę do piersi. Zobaczyła, że jest usztywniona i starannie zabandażowana.
- Nie powinnaś wstawać. - Powiedział damski głos. Lorreine rozejrzała się szybko. W drzwiach, których wcześniej nie zauważyła stała drobna rudowłosa dziewczyna. - Jestem Tatum. To ja opatrzyłam ci rękę i głowę. - Lore dotknęła głowy. Poczuła bandaże a pod nimi piekący ból. - Luke trochę za mocno cię uderzył. Ale nie miał złych chęci. Bał się że go zaatakujesz. 
Lore nie odezwała się. Kim była ta dziewczyna? Skoro była jedną z Zamaskowanych, czemu była miła i czemu jej nie zabili?
- Nie należę do grupy, którą nazywacie Zamaskowanymi. Wyjaśni ci to mój przywódca, ale na razie nie radziłabym wstawać. Może ci się zakręcić w głowie. Jak się nazywasz? 
Lore zastanowiła się czy może jej powiedzieć swoje nazwisko? Nawet jeśli nie jest Zamaskowaną, to mogła słyszeć o jej bracie.
- Na imię mam Lorreine.
- Lorreine jak? - Dopytywała się Tatum.
- To zachowam dla siebie. - Rudowłosa dziewczyna kiwnęła głową.
- Tutaj i tak nie używa się nazwisk, uważa się je za zbędne. Postaraj się jeszcze przespać, za godzinę może dwie wrócę po ciebie. - Powiedziawszy to wyszła zostawiając Lorreine samą.
Zamknęła ciężkie, stalowe drzwi, potem Lore usłyszała dźwięk zamykanych zatrzasków. Miała nadzieję, że nie są to źli ludzie i że Percy z grupą już starają się jej pomóc. Zakręciło jej się w głowie, więc znów położyła się na materacu, na którym siedziała. Mimo jej woli powoli osunęła się w płytki i niespokojny sen.
***
Po kolei wskoczyli do dziury. W momencie, kiedy dziewczyny na górze włączyły słuchawki i zameldowały się pani Generał masywna pokrywa zamknęła otwór. Zrobiło się tak ciemno, że nie widzieli czubka swojego nosa.
- Więc to coś ma jakiś czujnik. Zamyka się gdy wyczuje elektronikę. - Powiedział Jasper.
- To by wiele wyjaśniło, w końcu wyłączyliśmy słuchawki, tuż przed tym jak Lore tutaj wpadła. - Odpowiedział Percy próbując włączyć latarkę. Nie działała. Słuchawki też. Grunnie zaklął.
- Tu nic nie działa. Ciekawe czy broń odpali.
- Broń nie jest elektroniczna, powinna działać. - Odpowiedział Jasper.
- Jeśli nie to mamy przerąbane. - Jęknął Grunnie.
Powoli i po omacku ruszyli tunelem.
***
- Mam na imię Trevor, jestem przywódcą bandy, którą widzisz. - Mówił chłopak, miej więcej 28 letni do Lorreine. Na twarzy miał bliznę, biegnącą od prawego oka do lewego koniuszka ust. Była poszarpana, wyglądała jakby Trevor miał coś przyczepione do twarzy i wyrwał to siłą.
Lore spojrzała po osobach zgromadzonych wokół niej. Siedem osób, łącznie z przywódcą. Kiedy się przyjrzała zobaczyła, że wszyscy mają blizny na twarzach, tylko w różnych miejscach i mniej widoczne, niż u Trevora. Na przykład Tatum miała bliznę biegnącą po kości podbródka, była cienka i ledwie widoczna.
- Nie musisz się nas bać, chyba, że sama nas zaatakujesz. 
Słowa te wywołały u Lore gniew.
- Nie muszę?! Moi poprzednicy z Oddziału też nie musieli? - Zapytała wściekła.
Trevor zachował spokój.
- Nie mieliśmy wyjścia. Strzelali do nas, wybiliby nas co do jednego, bez słowa wyjaśnienia. Zrobiliśmy to w obronie własnej
- Kim jesteście? Skoro nie zamaskowanymi i nie Oddziałowymi to kim? - Zmieniła szybko temat.
- Wyklętymi przez jednych i drugich. Jesteśmy ludźmi zbyt dobrymi i łaskawymi dla Zamaskowanych a równocześnie zbyt źli i ze zbyt złymi korzeniami dla Oddziałowych. Ukrywamy się tu przed światem, który nas nie zaakceptuje. - Zrobił pauzę. - Zauważyłaś nasze blizny? To ślady po zdjęciu maski. Ja pierwszy ją ściągnąłem, a właściwie zerwałem. Z czasem nauczyłem się je ściągać prawie niewidocznym kosztem. Zrywając je zerwaliśmy z Zamaskowanymi. A u nich to niewybaczalna zdrada.
- Byliście u naszych Generałów? Czy tylko sądzicie, że was nie przyjmą? - Spytała Lore.
- Oczywiście, że byliśmy. I to u tego ważnego, Cadwallera. Zabił trójkę naszych, którzy nie zdążyli uciec. 
Lorreine zastanowiła się. Cadwaller. Zdrada. Nie znała swojego Generała za dobrze, ale wiedziała, że jest nieufny. Ich historia musiała wydać mu się dziwna.
Ale czy Percy wiedział o wszystkim? Jeśli tak to jak mógł pozwolić Cadwallerowi na coś takiego? Ich historia była odrobinę podobna do mojej. Pomyślała Lore. Mi Generał też nie do końca zaufał, przez mojego brata. Przez myśl przeszła jej myśl: Czy to dla tego mój brat zdradził? Bo był po ich stronie?
- Czego ode mnie chcecie? - Zapytała w końcu.
- I tutaj mamy problem. - Westchnął Trevor. - Nie możemy cię puścić, bo wszyscy dowiedzą się gdzie jesteśmy. Zabić cię nie wypada, bo nie zrobiłaś nic złego, nie jesteśmy potworami. Z drugiej strony będą cię szukać. Czwórka z twoich przyjaciół już weszła do tunelu. A jeśli będą chcieli cię odzyskać siłą, zabijemy ich. A wtedy ty spróbujesz się zemścić i ciebie też zabijemy.
Trevor mówił o tym jakby to była kwestia drugiego śniadania. Lore się to nie podobało. Wpadła na pomysł...
__________________________________________________________________________________________________________________________________
Tym rozdziałem koʼnczę maraton początkowy :D
Na następny rozdział, chętnych, zapraszam w poniedziałek :)
A ten rozdział jak się wam podobał? c:

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział czwarty.

- Witajcie w Bilbao! Miło was poznać! - Powiedziała na ich widok kobieta, która na oko miała trzydzieści pare lat. Miała cechy typowej hiszpanki, nie licząc akcentu. - Jestem Nora Sapowsca. Tutejszy Generał. - Na szarym rękawie munduru miała czarną opaskę.
Lorreine zrobiło się głupio. Należeli do tej samej organizacji, nie powinni też nosić opasek? Chociaż, gdyby mieli nosić opaski po śmierci kogoś z innego oddziału, stałaby się nierozłącznym elementem stroju.
- Miło mi panią poznać. - Powiedział Percy formalnie. - Jestem Percy Dawlish a to moi towarzysze: Dorian, Jasper, Lorreine, Szimonetta i Greta. Oddział Międzynarodowy. - Lore była mu wdzięczna, że nie użył nazwisk. Generał i tak się dowie, ale przynajmniej teraz nie będzie musiała dręczyć się z czujnymi spojrzeniami.
Zasalutowali przed wyższej rangą Norze.
- Spocznij! - Powiedziała z uśmiechem. - Nie musicie bawić się w formalności. Jesteście naszymi gośćmi. Jak widzicie powitała was tylko garstka ludzi. - Powiedziała do grupy wprowadzając ich do budynku. - Tuż przed tym jak wyruszyliście do nas zostaliśmy zaatakowani gdy wracaliśmy z obchodu terenowego z nowymi. Straciliśmy kolejną piątkę ludzi. Zamiast 21 ludzi zostało nas zaledwie 11. To żałośnie mało. - Głos jej się załamał, ramiona opadły; widać było, że przestaje sobie radzić...
- Jeśli okaże się, że coś jest pod ziemią w tym przeklętym miejscu, będzie dużo lepiej. - Powiedział życzliwie Percy. - Może nawet uda się zakończyć ten cholerny konflikt. 
Nora pokiwała głową.
- Pewnie jesteście głodni i zmęczeni. Pokaże wam gdzie będziecie spali a potem zejdziemy na kolację.
Lorreine podejrzewała, że kwatera Hiszpańskiego Oddziału mieści się w dawnym ośrodku sportowym, połączonym z małym motelikiem. Generał Sapowsca zaprowadziła ich do małego żółtego pokoju.
- Tu będą spały dziewczyny a tuż za drzwiami faceci. Macie wspólną łazienkę i kuchnię bo śniadania i kolacje jemy w pokojach a nie na jadalni. Można powiedzieć, że to takie dwupokojowe mieszkanie. - Uśmiechnęła się smutno. - Rozgośćcie się a ja wrócę za piętnaście minut i zaprowadzę was na jadalnię. 
Po tych słowach szybko wyszła. Lore westchnęła.
- Sprawy mają się trochę koszmarnie. - Percy potwierdził kiwając smutno głową.
- Potrzebują pomocy.
- Ale po to tu jesteśmy, co nie? - Powiedział dla otuchy Grunnie. 
Faceci poszli odnieść rzeczy do swojego pokoju. Okazał się większy i ładniej urządzony od dmskiego. W żółtym pokoju stały tylko trzy łóżka, nocne szafki i z sufitu dyndała żarówka. Pokój facetów był fioletowy miał dwie szafy, trzy łóżka, duże szafki noce a na nich ładne, duże lampki
.- Ale musimy coś ustalić w sprawie łazienki, nieokrzesane typy. - Powiedziała Szimi. - Rano dziewczyny wchodzą pierwsze, faceci opuszczają za sobą deskę i nie smrodzą, jasne?
- Co rozkażesz, księżniczko. - Ukłonił jej się Grunnie.
***
- Zdaję sobie sprawę z ogromu nieszczęścia jakie was spotkało. - Mówił Percy do całego Hiszpańskiego Oddziału zgromadzonego na jadalni. - Stracić tylu ludzi w tak krótkim czasie. Tym bardziej dziękuje w imieniu swoim i mojej grupy za takie miłe przywitanie nas tutaj. Mam wielką nadzieję, że uda nam się wam pomóc i razem zakończymy tą wojnę. 
Lorreine pomyślała, że Dawlish wygląda teraz strasznie. Jego zacięty wyraz twarzy kontrastował ze smutnymi oczami. Wyglądał jak prawdziwy przywódca, którego wszyscy potrzebowali. Pomyślała, że żaden Generał nie jest w stanie dać im tyle jako przywódca co dał i da im Percy.
Nora siedziała za nim cicho ocierając oczy rękawem szarej wojskowej bluzy. Przestawała sobie radzić. Hiszpaʼnski Oddział był najbardziej poszkodowany. Ginęło tu najwięcej ludzi... Można pomyśleć, że przybyli w ostatnim momencie by uratować ten kraj przed ich wspólnym wrogiem.  Kiedy Percy usiadł na początku długiego stołu przy którym wszyscy siedzieli cicho odezwał się chłopak który siedział naprzeciwko Lorreine
- Hej, jestem Fernando Deni, dla przyjaciół Nando. - Miał życzliwy uśmiech i ładne oczy. Od razu zyskał sympatię Lore.
- Lorreine krócej Lore. - Przedstawiła się z uśmiechem.
- Jesteś bardzo delikatna; nowa? - Spytał bezpośrednio.
- Można powiedzieć, że mam niecały tydzień. - Odparła nieco urażona. Wyglądał na zaskoczonego.
- Musisz być dobra, skoro w tak krótkim czasie dostałaś misję. I to nie byle jaką.
- Jutro się przekonasz.
***
- Opiekujesz się nim tam? - Pytała Robie Lore.
- Pewnie. Jest bezpieczny w moich rękach. - Opowiedziała Lorreine.
Robie martwiła się o swojego chłopaka, Grunniego. Tuż przed wyjazdem wymusiła na Lore przysięgę, że zrobi wszystko by sprowadzić go całego do głównego obozu.
- Nic mu nie będzie. Przynajmniej póki ja jestem na chodzie.
- Super. - Powiedziała Robie z ulgą. Jakby podejrzewała, że Lore nie traktuje jej poważnie.
- Jak ci się podoba Hiszpania?
- Chłodno i pochmurno. - Pożaliła się Lorreine. - Ale dobrze by było gdyby jutro nie było za ciepło.
- Idziecie w teren?
- Dokładnie. Wstaniemy o wczesnej godzinie żeby dowiedzieć się czegoś o tym miejscu, a potem wio!
- Czyli jeśli jutro przeżyjecie, będzie dobrze? - Upewniła się Robie.
- Nie do końca. Może się okazać, że tam nic nie ma, i że jechaliśmy na darmo.
- Będzie dobrze. - Zapewniła siebie Robie. - To na razie, mamy kolację.
- Pa. - Lore rozłączyła się.
***
- Teren na który się wybieracie należy do pasma gór zwanych Asturia. Miejsce w tych górach do którego się udacie znajduje się daleko od drogi i jakiegokolwiek wejścia. Zwykła, twarda skała. - Mówiła Generał Nora pokazując miejsce na mapie. - Jakiś rok temu w tej okolicy zaginął jeden z naszych żołnierzy. Nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi bo dwa kilometry stamtąd próbowano przechwycić naszą ciężarówkę z bronią. Waszym zadaniem jest wejść na plażę i zorientować się o co tam chodzi. Ewentualnie poszukać jakiś dróg dostania się pod powierzchnię. Zabraniam schodzenia w jakiekolwiek dziury, zrozumiano?!
Wszyscy zebrani pokiwali głowami. Był z nimi Nando, bo Generał Sapowsca uparła się, żeby w grupie była jakaś osoba z jej Oddziału.
Kiedy dostali broń i potrzebne wskazówki, wsiedli do Jeepa i odjechali na zachód. Prowadził Nando bo jako jedyny znał dokładną drogę. W Jeepie było ciasno, było o jedną osobę za dużo.
Nikt się nie odzywał. Każdy skupiał się na opanowaniu nerwów. Lorreine miała jeden wielki supeł w brzuchu. Jedyną spokojną osobą wydawał się Nando. Nawet Percy nie był w stanie opanować nierównego oddechu i spływającego po czole potu. Mimo dosyć niskiej temperatury. Grunnie nie próbował rozbawić towarzystwa, a Greta wyjątkowo nic nie komentowała.  Dwadzieścia minut później wspinali się już pod górę. Jeepa zostawili bo nie był w stanie jechać dalej.
- Zaraz będziemy na miejscu. - Oznajmił Nando. - Za tym głazem już jest już bardzo niedaleko do szczytu. - Sapnął zmachany wspinaczką.
- Dzięki Bogu wybrali kryjówkę na niskiej górze.
W normalnej sytuacji Lore parsknęłaby śmiechem, ale teraz przeszkadzał jej w tym wielki supeł zamiast żołądka.
Wreszcie dotarli na miejsce. Szczyt góry był dosyć płaski i szeroki. Kompletnie pusty i szary sprawiał spokojne wrażenie. Nawet nie wiał wiatr. Nie było roślinności, mimo że na tej wysokości powinna jeszcze rosnąć. Lorreine wzięła głęboki oddech i uspokoiła się trochę. To miejsce nie wyglądało groźnie. W życiu nie powiedziałaby, że życie straciło tu tylu odważnych ludzi.
- Rozdzielić się i powoli sprawdzić teren. - Nakazał Percy. - Broń trzymać w pogotowiu, gdy coś znajdziecie, nieważne czy wydaje się wam niebezpieczne czy nie, zgłaszacie to mnie. Włączyć słuchawki.
Lore posłusznie wcisnęła w ucho słuchawkę dzięki, której mieli kontakt z Oddziałem.
- Halo, halo tu Generał Sapowsca, czy mnie słychać? - Wszyscy po kolei potwierdzili. - No to zaczynamy. 
Lore stanęła mniej więcej na środku góry i poszła przed siebie uważnie obserwując ziemię w poszukiwaniu czegoś co nie pasowało do reszty równocześnie wytężając słuch w obawie przed niebezpieczeństwem. Przez pięć minut nikt się nie odzywał. Kiedy dotarła do środka szczytu, szczególnie dobrze zbadała teren. Nic.
Usłyszała jak ktoś wciąga głęboko powietrze. To była Greta. Lorreine zobaczyła jak blada dziewczyna pochyla się nad ziemią.-Greto, czy wszystko w porządku? - Usłyszała w słuchawce głos Generał. Nie odpowiedziała...

Rozdział trzeci.

Lore cieszyła się swoim łóżkiem Oddziałowym zaledwie cztery noce.
Teraz chodziła po pokoju zbierając najważniejsze rzeczy. Była druga nad ranem. Wiedziała, że powinna to zrobić wczoraj wieczorem, ale jakoś nie mogła się za to zabrać. Poza tym i tak nie mogła spać. Za półtorej godziny miała się stawić przed wejściem głównym budynku Oddziału. Jak tylko myślała o tym co ją czeka, jej wnętrzności skręcały się w supeł.
Brutalnie obudzona Charlie, jej koleżanka z pokoju, podniosła się na łokciach w swoim łóżku.
- Nie możesz pakować się ciszej? - Powiedziała zaspana.
- Przepraszam. - Szepnęła Lore, bo Liz jeszcze spała. - Ale i tak macie za cztery godziny zbiórkę. 
Charlie prychnęła.
- I tak większość ludzi wstanie na 3.30 pożegnać grupę swoich bohaterów.
- Tym lepiej, że cię obudziłam. - Powiedziała Lorreine zapinając swój plecak.
Zaczęła wkładać swój mundur wyjściowy. Szaro granatowy. Musieli w nich jechać. Lore przyznała, że przynajmniej kolory jej odpowiadają. W granatowym jej blada cera będzie wyglądać jeszcze trupiej, ale przynajmniej podkreślał jej zielone oczy a szary ładnie wyglądał z blond włosami. Podeszła ubrana do lustra wiszącego na drzwiach ich pokoju, spięła swoje długie włosy w koński ogon żałując, że nie może się pomalować. Po nieprzespanych nocach wyglądała jak upiór.
- Nie jest źle. - Odezwała się Liz ze swojego łóżka. - Słyszałam, że faceci lecą na kobiety w mundurach. - Uśmiechnęła się zalotnie.
- Chyba na odwrót. - Stwierdziła Charlie. - Poza tym jesteśmy w wojsku, tu jest mnóstwo mundurów.
Lore westchnęła zrezygnowana.
- Jesteście na wojnie i cały czas o jednym. - Potem uśmiechnęła się. - Co nie zmienia faktu, że jadę z dwoma najprzystojniejszymi facetami z Oddziału na misję.
***
Przed budynkiem była pięć minut przed czasem. Tak jak mówiła Charlie stała tam duża większość Oddziałowych. Lore wrzuciła swój plecak do bagażnika Jeepa a Jasper podał jej broń.
- Dzięki. - Powiedziała chowając pistolet. Jasper był kiedyś wokalistą w rockowym zespole. Wyglądał dokładnie jak Jamie Campbell Bower; dłuższe jasne włosy i jasne oczy. Aktualnie miał pod nimi ciemne sińce; oznaki niewyspania.
Widać nie tylko ja tak przejmowałam się wyjazdem. - Pomyślała Lore.
- To masz wsadzić do buta. - Podał Lorreine sztylet. - W razie gdyby zbrakło naboi. - Uśmiechnął się słabo i odszedł podać broń Szimi, która właśnie się zjawiła. Czyli byli już wszyscy.
Z szeregów zgromadzonych wyszedł Generał Cadwaller.
- Żałuję, że nie mogę z wami jechać. - Generał stracił nogę leżąc w szpitalu, w dniu rozpoczęcia wojny. - Pozostaje mi życzyć wam powodzenia, moi drodzy. Wiedzcie, że wyniki tej wyprawy mogą przynieść nam wybawienie. Już zostaliście naszymi bohaterami. Niech Bóg będzie z wami. 
Po tych słowach niwielki tłum zaczął klaskać. Generał uścisnął dłonie uczestnikom wyprawy, przy Lorreine zatrzymał się i spojrzał jej w oczy.
- Mam nadzieję, że nie wdasz się w brata. - Po czym szybko dodał: – I przeżyjesz w chwale. 
Do jeepa włożono jeszcze jedno siedzenie z przodu, aby zmieściło się w nim sześć osób. W ten sposób Lore siedziała pomiędzy Percym, który prowadził a Gretą z prawej.
- No to jedziemy! - Powiedział Grunnie nucąc coś radośnie, gdy ruszyliśmy.
Szimi uśmiechnęła się.
- Ratować świat i stać się bohaterami!
- Niektórzy już nimi są. - Mruknęła Greta.
- Że niby kto? - Udawał zdziwienie Grunnie rzucając wymowne spojrzenie na Percy'ego. Dawlish zauważył to w lusterku i posłał mu zabójcze spojrzenie.
- Kiedy to prawda. - Żachnął się Dorian.
  Po godzinie jazdy Lore spojrzała niepewnie na Percy'ego i postanowiła zadać mu dręczące ją od walki z Cyrylem pytanie.
- Kim był trzeci ocalały? - Spytała nieśmiało, wiedząc, że wchodzi na niepewny grunt.
Wszyscy w samochodzie umilkli a Grunnie przestał się głupkowato uśmiechać. Percy wziął głęboki oddech. Ta wiedza była tajna, nie był pewien czy może ją wyjawić. Z jakiegoś powodu się wahał.
To dziwne, bo powinien od razu powiedzieć, że nie powie, pomyślała Lore.
- Nie mogę wam powiedzieć. - Wykrztusił.
- Jedziemy na być może jedną z najważniejszych wypraw w tej cholernej wojnie. Narażamy życie a wy nie chcecie powiedzieć nam kim jest zdrajca. -Naciskała Lorreine, wyczuwając wahanie chłopaka. - Czego się boicie?
- Niczego. - Odpowiedział oburzony Percy. - Nie chcemy zadawać ciosu jego rodzinie. Byliby skazani na potępienie przez społeczeństwo, które oskarżałoby ich o to co zrobił ich syn.
- Bzdura! - Zaprzeczyła Greta. - Przecież to nie ich wina, że ich syn jest debilem.
- To jest twoje zdanie. - Obstawał przy swoim Percy. - Cała reszta ludzi będzie ich obwiniać. Natura człowieka jest bezwzględna i bezlitosna.
- Poooowiedz... - Jęczał Grunnie, który również wyczuł wachanie dowodzącego. Dawlish spojrzał  niepewnie na Lorreine. Dziewczyna nie zobaczyła w jego oczach pretensji, że go wrobiła w odpowiedź czy poirytowania, tylko smutek.
- No jeśli teraz nam nie powiesz to będziemy się domyślać najgorszego. - Dalej jęczał Grunnie.
Ja tym bardziej, dodała w myślach Lore.
- Jak wiecie facet był z ocalałej trójki. - Zaczął Percy. - Uratował mi życie podczas Bitwy Przedwojennej. Dzięki niemu ocalałem i trafiłem do szpitala a nie na naradę 21 grudnia. Osobiście należę do osób, które uważają, że za jego zniknięciem kryje się coś więcej niż zdrada. W końcu był moim dobrym kumplem.
- No dobrze, ale kim jest? - Dopytywała się Szimi. Percy rzucił jeszcze jedno spojrzenie Lorreine i ona już wiedziała co zaraz powie.
- Michael Worple.
Wszyscy naraz spojrzeli na Lore. Po głowach chodziło im jedno pytanie: Czy to przypadek?
W końcu odezwała się Greta:
- Powiedzcie, że jest na to logiczne wyjaśnienie.
- Dopiero co mówiłaś, że to nie ma znaczenia, jaką ma się rodzinę. - Prychnął Percy. 
Lore patrzyła na swoje splecione dłonie. A więc jednak. Już dawno coś jej podpowiadało, że to jej brat był zdrajcą, ale nie chciała w to wierzyć. To imię i nazwisko wyjaśniło jej podejrzliwość Generała i niechęć Cyryla. Nie potrafiła tego zrozumieć. Jej brat. Tan sam, który robił jej drugie śniadanie do szkoły, pomagał w matmie i był przy niej gdy tata załamał się po ucieczce mamy z innym, miał być zdrajcą? Ale nie czuła się fatalnie. Jakaś jej część przyzwyczajała się do tej myśli od trzech lat. MUSIAŁ być jakiś powód...
- Nie patrz tak na mnie. - Powiedziała do Grety, która rzucała jej współczujące spojrzenia. - Od dawna to podejrzewałam. Chciałam się tylko upewnić. 
Chwilę potem każdy zajął się swoimi sprawami a Lorreine wsadziła słuchawki do uszu i skupiła się na mijanych przez nich krajobrzach. Gdy mijali jedno z martwych miast jej myśli powędrowały ku ludziom, którzy kiedyś tu żyli.
Obecna wojna zbierała krwawe i okrutne żniwo. Martwe miasta to miejsca gdzie Zamaskowani urządzali swoje "zabawy". Ludzie uciekali z aglomeracji i żyli na własną rękę, z dala od siebie, w pojedynczych domkach w lasach, górach... Niektórzy mówili, że wraz z przybyciem naszych wrogów zaczął się koniec świata...
Z tymi myślami zasnęła.
*** 
Leżał jej na kolanach. Czuła jego ciepłą krew spływającą jej po kolanach. Nie! Przestała słyszeć świst pocisków przelatujących jej obok głowy, przestała słyszeć krzyki i skomlenie ludzi wokół niej. Teraz liczyło się utrzymanie go przy życiu. Jakby czytając jej w myślach powiedział:
- Nie, nie trzeba. Dziękuję. - Jego uśmiech zastygł na twarzy a oczy stały się puste.
Łzy zaczęły spływać jej po policzkach, ale poczuła je dopiero kiedy zaczęły kapać po brodzie.
- Nie! - Krzyknęła Lorreine prostując się w fotelu. Za oknem ich Jeepa widziała Góry Kantabryjskie.
- Coś się stało? - Zapytał z troską w głosie Percy.
- To tylko koszmar. - Powiedziała starając się uspokoić.
Była pewna, że długo nie zapomni tego momentu gdy jego oczy gasły. Wiedziała, że to sen, ale był taki żywy.
Spojrzała w lusterko i z ulgą stwierdziła, że Grunnie spał na tylnym siedzeniu.
Miała tylko nadzieję, że nigdy nie zobaczy więcej jego pustych oczu...

Rozdział drugi.

Stała na środku hali w spodenkach do kolan w stylu hawajskim i długą białą koszulką. Czuła się jak idiotka; na trybunach zgromadziło się wszystkie trzydzieści sześć osób. Łącznie z Generałem, który uważnie ją obserwował, ale Lore nie miała czasu myśleć o tym co on do niej ma. Wiedział, że coś jest nie tak, ale zwycajnie nie miała do tego głowy...
Coś czuła, że walki przed publicznością nie będą jej ulubionym zajęciem. Wzięła głęboki wdech i poprawiła gąbkowe rękawice.
Miała zamiar pojechać do Hiszpanii.
Na halę wszedł Cyryl. Pod napiętą koszulką widać było wyćwiczone mięśnie. Krótko ścięte włosy, na codzieʼn nosił okulry. Z wierzchu wyglądał na zwykłego chuderlaka. Lorreine zapomniała, że nie jest już w szkole, tylko w wojsku i to nie byle jakim, w Oddziale. Patrzyła bez słowa jak Cyry zakłada ochraniacz na zęby i rękawice.
Za chwilę skopie mu zadek. 
Stanęli naprzeciwko siebie i unieśli ręce. Sędzia (Percy) zadmuchał w gwizdek na znak, że mogą zaczynać.
Zrobił pierwszy ruch, zwykły prawy sierpowy, bez przeszkód zrobiła unik.
Popytała ludzi, przed walką, o ciosy. Bez ograniczeń, byle nie dotkliwie zranić. Mówią na ten pojedynek na pięści, bo tak się przyjęło, ale prawda była inna.
Przez jakiś czas atakowali, ale bez skutecznie. Dziewczyna poczuła, że się męczy i postanowiła zaatakować kolanami, ale do tego musiała się znaleźć dostatecznie blisko. Tak jak podczas pojedynku z Robie. Zaatakowała brzuch przeciwnika, odparł cios bez większych problemów, lecz nie spodziewał się, że druga ręka tak szybko zaatakuje z tej samej strony. Lorreine natychmiastowo przesunęła się w lewo i podcięła Cyremu nogi. Chłopak w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Lore zaklęła pod nosem. Zwinny. Spróbujmy siłowo. Natarła na niego prawie zwalając go z nóg swoim ciężarem. Odepchnął ją, niestety dla niego Lorreine okazała się szybsza. Zanim zdążył na dobre odzyskać równowagę, już leżał na ziemi.  Uśmiechnęła się do siebie i wypluła ochraniacz. Podała rękę Cyrylowi, ale on odrzucił ją, wstał i szepnął jej do ucha:
- Brat będzie z ciebie dumny, potępieńcu. - Po czym wymaszerował dumnie z hali. Popatrzyła za nim smutnie. Niektórzy powinni nauczyć się przegrywać, albo chociaż nauczyć się grzeczności. Zastanowiło ją tylko skąd wiedział o jej bracie, i czemu nazwał ją akurat potępieńcu. Może ma to coś wspólnego z generałem? Albo miały potwierdzić się jej najgorsze obawy...
*** 
Kolacja odbywała się zaraz po wieczornym pojedynku. Wszyscy mieli już być na miejscach, kiedy wojujący wejdą na jadalnię. Kiedy Lore pojawiła się w drzwiach, głodna jak wilk, powitały ją oklaski.
- Gratuluję wyjazdu do Hiszpanii. - Powiedział Vane, chłopak, z którym siedziała przy stoliku.
- Przynajmniej ty wiesz czy pojedziesz. - Odparła Greta. Wyglądała jak mały elf. Niewinny i dobroduszny. Lorreine widziała ją na strzelnicy. Greta nie była grzeczna w żadnym calu. Ktoś kto tak posługuje się bronią, nie może być niewinny.
- Percy pewnie już wie, kogo weźmie. - Westchnął Vane.
- Kiedy nam powie? - Spytał Supp. Anthony też dotarł tu wczoraj, razem z Lore i nie bardzo (tak jak ona) orientował się w Oddziałowych regułach postępowania.
- Za trzy dni. - Powiedziała Robie. - Cwaniak nie puści pary z ust ani minuty przed naradą. 
Lorreine wróciła myślami do Pierwszego Oddziału. Jej brat był tam, razem z jednym z jej szefów. Percy był jednym z najwyżej postawionych osób w wojsku. Pełne trzy lata wojny przetrwały tylko dwie osoby. Percy i Generał Cadwaller.
Oficjalnym rozpoczęciem wojny był 21 grudnia 2012r. ale stan przedwojenny trwał dłużej. Na początku grudnia tamtego pamiętnego roku utworzono Oddział. Rząd pozwolił na zaciągnięcie 200 ludzi. 60 zostało zabitych podczas pierwszego starcia w Afryce. Trójka ludzi została poważnie ranna, nie była w stanie uczestniczyć w naradzie. 137 osób zginęło w budynku głównym Oddziału. Dwójka ocalałych z grudnia 2012 żyje do dziś. Jeden zniknął w tajemniczych okolicznościach. Podejrzewa się go o zdradę. 
Przez moment Lore miała ochotę zapytać Percy'ego o Michaela. W końcu doszła do wniosku, że gdyby miał coś do powiedzenia powiedziałby jej o tym kiedy siedzieli w jej pokoju. Kiedyś myślała, że jej brat był trzecim ocalałym, że może nie zginął tak jak im powiedzieli... Miała taką nadzieję ponieważ nigdy nie podano nazwiska zdrajcy. Ale z drugiej strony Lore jako jego siostra nie mogłaby uwierzyć, że Michael zdradził. To było niemożliwe. Nie Michael. Ciekawe co by powiedział na to, że jego siostrzyczka weszła na jego miejsce.
Uśmiechnęła się.
Teraz ja jestem na wojnie, drogi bracie. Pomyślała.
***
- Przeczytam nazwiska osób będących w grupie pomocniczej dla Hiszpanii: przywódca: Dawlish Percy. Pozostali uczestnicy: Worple Lorreine, Cadwaller Jasper , Spinnet Greta, Grunnion Dorian oraz Darcy Szimonetta. - Powiedział Cadwaller. 
Na sali rozległy się podekscytowane szepty. Ta szóstka miała jutro opuścić obóz i wyjechać na, być może, jedną z najważniejszych misji w historii tej wojny. Generał podniósł rękę i zaległa cisza.
- W razie gdyby nasze przypuszczenia się sprawdziły, zostanie wysłana jeszcze jedna grupa, ośmioosobowa z naszego Oddziału i grupy pięcioosobowe z wszystkich innych Oddziałów na całym świecie. Reszta pozostanie na swoich stanowiskach w celu ochronnym. - Generał odchrząknął. - Zwracam się do uczestników wyprawy. Zaraz po naradzie macie się udać do Dawlisha po instrukcje. Jutro o świcie ruszacie. Proszę się rozejść. - Dodał na koniec do wszystkich.
***
- Mamy zabrać tylko najbardziej potrzebne rzeczy. Broń dostaniemy od Oddziału na drogę. Zostaniemy również wyposażeni przez Oddział Hiszpański na miejscu. - Mówił Percy na ich małej naradzie. Stali w małej grupce w auli.
Lorreine spojrzała po twarzach piątki jej towarzyszy. Percy był skupiony, Grunnie widząc jej spojrzenie uśmiechnął się nerwowo, Jasper patrzył gdzieś w kąt zamyślony,Greta słuchała w skupieniu Percy'ego a Szimi patrzyła w swoje stopy z niewyraźną miną. Widać było, że wszyscy przejmują się zadaniem jakie im powierzono. Dawlish miał wybrać najlepszą piątkę w tutejszym Oddziale. Oznaczało to, że byli najlepsi. Nie mieli dzięki temu najweselszych min.
- Nie przejmujcie się tak bardzo podróżą. - Ciągnął Percy. - Pojedziemy Jeepem Oddziałowym, w pełni uzbrojeni. Nie będzie to najwygodniejsza podróż, ale jakoś to przetrwamy.
__________________________________________________________________________________________________________________________________
I jak się podoba?
Nie jestem dobra w pisaniu początków i rozkręcenie zawsze zajmuje mi chwilę, ale jutro już będzie lepiej :D