- Wszystko hodujemy sami. - Opowiadał Michael gdy oprowadzał Lore po farmie. - Gospodarka aktualnie praktycznie nie istnieje. Ale podejrzewam, że to wiesz.
Pokiwała głową.
- To jest życie jak z koszmaru. - Powiedziała. - Ledwo z rodzicami i wujostwem dawaliśmy radę. Pieniądze z kopalni były praktycznie żadne a jedzenie drogie.
- Jak... - Mike zawachał się i nie skończył.
- Trzymali się gdy wyjeżdżałam. - Odpowiedziała Lore na jego niezadane pytanie. - Na początku, gdy nie było od Ciebie znaku życia, gdy wszyscy mówili o masakrze na naradzie, tata się podłamał. - Zapadła we wspomnienia. Były pełne rozpaczy, lęku i złości. - Gdy Suzan powiedziała, że to było do przewidzenia, tata ją uderzył.
Jej brat wciągnął głośno powietrze.
- Ale potem się uspokoiło. - Ciągnęła spokojnym głosem. - Żyliśmy tak jak wszyscy. Często zmienialiśmy miejsce zamieszkania ja chodziłam do "szkoły" prowadzonej przez jednego faceta, zawsze w innym miejscu i o innej godzinie.
- A więc tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość. - Westchnął ciężko. - Nie miałem pojęcia. Tak skupiałem się na wyklętych, że nie zwracałem uwagi na innych ludzi... - Zamyślił się po czym zmienił temat - Kiedy ostatnio rozmawiałaś z tatą?
Nie pytał o Suzan; naszą macochę. Mówiąc delikatnie ich relacje nie były najprzyjaźniejsze, zresztą ich również...
- Przy wyjeździe. - Westchnęła zerzygnowana. Tęskniła za nim i martwiła się. Bała się, że dla niego koniec wojny może przyjść za późno... - Nie był zadowolony z mojego wyjazdu. Ale w sumie nie ma się czemu dziwić.
Spacerowali wzdłuż pola, na którym rosło kilka rodzajów warzyw. W oddali widać było sad.
- Jak panu Kobyli udaje się utrzymać to miejsce? - Zapytała.
- Pracuje a my w międzyczasie dbamy o zbiory. - Odparł Mike, ale myślami był gdzie indziej.
Lore nie mogła dłużej powstrzymać pytania, które dręczyło ją od wczoraj:
- Co z Annie?
Chłopak zesztywniał. Annie była dziewczyną Michaela przed wojną. Ona też się zaciągnęła. Zresztą, jak wszyscy wtedy...
- Nie wiem co z nią. - Powiedział sztywno.
"Ja jestem jego siostrą i trzymali mnie w lochach." Pomyślała Lore. "Boję się co mogli zrobić z nią..."
Nie naciskała; nie pytała jak z tym żyje. Ważne, że żył.
Wrócili do domu. Kiedy weszli mieszkańcy grali w karty. Żyli tak już od dwóch dni czekając na jakiekolwiek informacje.
- Dalej nic? - Zapytał Michael chociaż odpowiedź była oczywista.
Jay w odpowiedzi pokręcił głową i rozległ się dźwięk komórki...
____________________________________
Taki krótki bo nie mam czasu pisać...
Postanowiłam opisać trochę rzeczywistości. Jeżeli macie jakieś pytania proszę zadawać je w komentarzach wraz z opinią :D
wtorek, 17 września 2013
Rozdział czternasty.
niedziela, 15 września 2013
Rozdział trzynasty.
Jasper uśmiechnął się widząc tulące się rozdzeństwo.
Wszyscy weszli do domu dając im trochę prywatności.
Dopiero w środku Jay zapytał o przebieg wyprawy. Grunnie wszystko mu opowiedział.
- A potem usłyszeliśmy wybuch. - Zakończył łamiącym się głosem. Robie spojrzała na niego smutno i przytuliła.
- Uratowała wam życie poprzez samobójstwo. - Szepnęła.
- Szkoda bo była bardzo wartosciową wtyczką. - Powiedział ze smutkiem w głosie Jay. Do kuchni wszedł Michael.
- Poszła się położyć. - Powiedział głosem bez wyrazu i usiadł ciężko na siedzeniu. - Wiele przeżyła i zachowuje się troche... dziwnie. - Dodał. - Boi się dotyku. I szerokiego uśmiechu.
- Z czasem jej przejdzie. - Stwierdziła Isabell.
- Oby bo na pewno będzie bardzo pomocna. - Pokiwał głową Cyryl.
- Bo skopała ci kiedyś tyłek? - Zażartował Vane a chlopak w odpowiedzi zgromił go zabójczym spojrzeniem.
- Chce z tobą porozmawiać. - Przerwał im Michael patrząc na Jaspera.
- Ze mną? - Zdziwił się. Worple pokiwał głową, więc bez słowa pomaszerował do sypialni wskazanej przez ich dowódzcę.
- Weź apteczkę! - Usłyszał z kuchni i po drodze drapnął czerwoną skrzynkę ze stolika.
Zapukał nieśmiało w drzwi.
- Wejdź. - Usłyszał w odpowiedzi.
Otworzył drzwi i wszedł do niewielkiego pokoiku. Lore siedziała na zasłanym łóźku z podwiniętymi nogami.
- Cześć. - Powiedział stając na uboczu mając w pamięci słowa Michaela. Spojrzała na niego wielkimi oczami.
- Masz apteczkę. - Stwierdziła.
- Tak, ale nic z nią nie zrobię do czasu aż nie weźniesz prysznica. - Odarł luźnym głosem. Kiwnęła głową i bez słowa weszła do łazienki.
Chłopak w między czasie poszedł do Charlie, która była mniej więcej postury Lore po ubrania. Kiedy wrócił do sypialni Lore dziewczyna siedziała na łóżku opatulona w ręczniki.
Nie mógł powstrzymać cichego okrzyku. Większość jej skóry była sina, w niektórych miejscach popęknana.
- Wygląda gorzej niż jest w rzeczywistości. - Powiedziała spokojnie.
- Proszę. - Powiedział wręczając jej kupkę ubrań. - To Charlie. Powinny pasować.
Kiedy się przebrała usiadła obok niego na łózku.
Jasper wyciągnał gazę i wodę utlenioną.
- Mogę? - Zapytał chcąc dotknąć jej twarzy. Kiwnęła głową. Przez chwilę pracował w milczeniu.
- Dziękuję, że po mnie przyszliście. - Powiedziała w końcu.
- Zrobiłabyś to samo dla każdego z nas. - Chłopak uśmiechnął się. Delikatnie. Chyba zauważyła jego wachanie w tym uśmiechu bo powiedziała:
- Jutro już postaram się być normalna. - Spojrzała mi w oczy. - Muszę być silna.
- Jesteś silna. - Odpowiedział pewnie odwzajemniając spojrzenie. - Przeżyłaś Wyklętych, Zamaskowanych i wygrasz wojnę.
W jej oczach zalśniły łzy.
- Opowiedz mi co się zdarzyło po tym jak Igor zjął Oddział. - Zmieniła temat owracając wzrok.
No, więc Jasper opowiedział. O ich ucieczce, o panu Kobyli, o ich naradach dotyczących jej odbicia i o kontrolach Zamaskowanych w domu ich gospodarza. W międzyczasie przemywał jej rany, oglądał czy nic nie jest złamane. Wtedy dotknął jej żebra. Syknęła z bólu gdy nacisnął trochę za mocno.
- Jest złamane. - Powiedziała. - Od pierwszego dnia. Ale dbali o nie. Nie chcieli, żebym umarła, więc zadbali o moje złamane żebro. - Dodała cicho.
- Nie możesz się przeciążać. - Powiedział pewnie. - Trzy tygodnie dla żebra to niewiele.
- Skąd to wiesz? - Zapytała z ciekawością.
- Miałem w planach zostać lekarzem. Byłem po pierwszym roku studiów gdy się zaciągnąłem. - Odparł.
- Nie mówiłeś nigdy. - Powiedziała poważnie i ziewnęła.
- Bo o planach na życie nie mówi się gdy otacza wszystkich śmierć. - Przerwał partrząc w jej zielone, zmęczone oczy. - Idź spać. Jutro odpowiem na wszystkie pytania.
***
Ciężko otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Kładła się spać pare minut po 22 a teraz było 20 po. Tak krótko spała? A czuła się taka wypoczęta...
Chyba, że przespała całą dobę.
Wstała z łóżka i zeszła na dół. Przy schodach trafiła na Liz.
- Już się baliśmy, że się nie obudzisz. - Powiedziała z uśmiechem.
"Ten uśmiech jest radosny." Pomyślała Lore. " Nic ci z jej strony nie grozi."
- Jestem głodna. - Powiedziała tylko.
- Właśnie kończą kolacje. - Powiedziała. - Chodź za mną.
Weszły do kuchni gdzie wszyscy rozmawiali i z uśmiechami jedli parówki. Na jej widok zastygli. Lore zauważyła, że Robie zatyka usta ręką.
Zmusiła się do wykrzywienia warg w uśmiech.
- Smacznego. - Powiedziała.
- Siadaj. - Powiedział Michael. - Zaraz ci nałożę.
Lore patrzyła jak jej brat krząta się po kuchni. Bardzo się zmienił przez te trzy lata. Stał się bardziej krępy, oczy straciły wesoły blask a włosy, które zawsze były starannie przycięte teraz były za długie i rozczochrane. Jego twarz postarzała się tak, że przypominał teraz tatę ze starszych zdjęć.
- Dziękuję. - Powiedziała gdy postawił przed nią parujący talerz. - Jakie są teraz plany? - Zapytała.
- Na razie musisz odpocząć. - Powiedział Jay. Spojrzała na niego zdziwiona.
- Nie możecie wszystkiego podporządkować mi. - Powiedziała pewnie. Czuła się dużo lepiej niż wczoraj i widziała w tym okazję do powrotu do tego jaka była przed poznaniem Igora.
- I tak czekamy na znaki od pozostałych grup wyklętych. - Odezwał się Michael.
Wtedy sobie przypomniała i o mały włos nie upuściła widelca.
- Marco. - Mruknęła. - Przywódzca włoskich Wyklętych. Uciekł ze mną z celi, ale nie chciał ze mną pójść. - Jej głos zadrżał. - Pewnie już nie żyje...
- Niekonieczmie. - Powiedział Jasper. - Mógł uciec drugim wyjściem.
- Albo to on skupił uwagę Zamaskowanych i dlatego tak mało was goniło. - Odezwał się Cyryl.
- Marco i tak był niewiele warty. - Odezwał się Jay. - Przez jego brawurę życie straciło piętnaście osób.
- Niczyje życie nie może być nic nie warte, panie..? - Odezwała się ostro w odpowiedzi.
- Jay. - Odparł w odpowiedzi.
- Ten człowiek uratował mi życie. - Powiedziała do niego sucho. - Gdyby nie on nie wyszłabym z tego piekła. Szacunku.
Przy stole zapadła cisza.
- Przynajmniej czujesz się już lepiej. - Odezwał się wesoło Grunnie.
czwartek, 12 września 2013
Rozdział dwunasty.
Lore uparcie szarpała kraty. Krzyczała. Nie wiedziała co, ani do kogo, ale robiła to głośno. Tak żeby przekrzyczeć alarm.
Do pomieszczenia z celami wpadła banda Zamaskowanych. Było ich z sześciu. Stanęli przed jedynymi zajętymi celami.
"Skoro mnie pilnują to musi być Michael." Pomyślała spanikowana. "Muszę coś zrobić."
Zauważyła pałkę i klucze za paskiem jednego ze strażników. Jak najciszej i ostrożniej sięgnęła przez kraty po klucze. Nie dosięgała.
- Ej, przygłupie. - Powiedziała tak, żeby tylko on usłyszał. Tak jak przewidziała odwrócił się do niej wściekły i zbliżył się do krat.
- Nie powinnaś tak zwracać się do osób mogących bardzo dotkliwie cię zranić. - Powiedział ostro.
Marco zauważył co próbuje zrobić i zaczął się wydzierać szarpać, wyklinać. Wszyscy pozostali strażnicy podeszli do jego celi chcąc go uciszyć.
Lore wykorzystała sytuacje i wysunęła nogę przez kratę i zdzieliła Zamaskowanego w krocze. Pisnął cicho i ukląkł. Lorreine sięgnęła po klucze i pałkę.
Nerwowo otworzyła cele. Reszta strażników nic nie zauważyła.
Zdzieliła klęczącego na ziemi pałką tak, że stracił przytomność.
Miała wolną drogę, ale musiała coś jeszcze zrobić.
Zbliżyła się do Zamaskowanych uciszających Marco.
Wyważyła pałkę w ręce i trafiła jednego w tył głowy. Reszta odwróciła się do niej zaskoczona.
Szybko pozbawiła następnego przytomności, ale pozostałych dwóch było już w gotowości się bronić. Wyciągnęli pistolety.
Nieoczekiwanie Marco chwycił jednego za kostkę tak, że ten zarył twarzą o ziemie.
Lore nie czekała długo i wytraciła przeciwnikowi pisotolet z ręki niechcący łamiąc mu nadgarstek i również pozbawiła przytomności.
Otworzyła celę Marco.
- Wiesz, że trzeba ich zabić? - Powiedział.
- Ja tego nie zrobię. - Odparła niepewnie. - Zabić ich nie wysłuchawszy ich wcześniej, gdy leżą nieprzytomni, jest jak morderstwo.
Jakby jej nie słysząc wyciągnął z kieszeni jednego z nich nóż. Tylko przez poderżnięcie gardła można ich było zabić bez uruchomienia zapalnika w masce.
- Zemsta musi się dokonać. - Mruknął.
- Ale bez mojej pomocy. - Powiedziała ostro. - Ja idę do brata. Idziesz ze mną, albo się mścisz.
W odpowiedzi chwycił pewniej nóż.
Lore pokręciła głową i wyszła z więzienia. Na korytarzu było pusto. Z daleka słychać było jakieś krzyki i zamieszanie.
- Hej, ty! - Usłyszała za plecami zamaskowanego. Jej jedyną bronią była pałka.
Niewiele myśląc zaczęła uciekać.
***
Po prostu biegli. Nie wiedzieli czemu żaden z Zamaskowanych nie strzela. Obijali się o ludzi, kopali i drapali gdy ktoś ich chwycił, ale biegli.
Agnes biegła pierwsza i na zakręcie wpadła na kogoś. Owy ktoś zaczął krzyczeć i się wyrywać. Miał długie blond włosy i twarz...
- Lore! - Krzyknął Japer i podbiegł do dziewczyny. Ta spojrzała na niego.
- Jasper. - Powiedziała z wielką ulgą. Jej twarz była straszna. Posiniaczona, opuchnięta i było na niej dużo zaschniętej krwi.
Przytuliła się do niego.
- Później! - Przerwała Agnes. Teraz uciekamy!
I znowu pobiegli. Japer trzymał Lore za rękę.
Nie mieli czasu zastanawiać się czemu w głównej siedzibie było tak mało Zamaskowanych. Dlaczego idzie im tak łatwo.
W końcu dotarli do łazienki z wyjściem.
- Pójdą za nami. - Powiedziała zdyszana Agnes.
- Ale nie mamy wyjścia. - Wysapała Liz.
- Mamy. - Odparła. - Pakujcie się do wyjścia. Już!
- Ale... - Zaczął Grun.
- Już! - Wrzasnęła.
Już bez sprzeciwów wcisnęli się do wyjścia.
- Agnes! - Zawołał Jasper. - Dziękujemy!
Spojrzała tylko na niego i zamknęła właz.
Szybko ruszyli przed siebie. Po chwili usłyszeli wybuch.
Stanęli. Liz wybuchła płaczem a Lore zakryła ręką usta.
- Chodźcie. - Powiedział bezbarwnie Grunnie.
W ciszy ruszyli w ciemność.
Po pewnym czasie dotarli do wyjścia z tunelu. Prawie natychmiast podjechał pod nich samochód. Bez słowa wsiedli do środka, ale Lore się zawachała.
- Zaufaj mi. - Powiedział cicho Jasper. Spojrzała na niego i wsiadła.
Kilka minut przejechali w całnowitej ciszy. Prowadził Jay. Michael miał czekać na miejscu. Nie pytał jak poszło, czemu nie ma z nami Agnes. Nic, tylko ponura mina.
- Ilu wydostało się od Zamaskowanych? - Odezwała się w końcu Lore.
- W sumie żyjemy w kilkanaście osób. - Odpowiedział Jay.
Po policzku Lore spłynęła łza. Pokiwała głową i spojrzała w okno. Wszyscy odwrócili głowę, nie chcieli patrzeć jak płacze.
Kiedy dojechali na miejsce, o dziwo bez przeszkód, jej policzki były już suche.
Wysiedli z samochodu i Lore patrzyła z niemym zachwytem na domek pana Kobyli. Gdy otworzyły się drzwi i zaczęli z nich wychodzić ludzie uśmiechnęła się. W jej oczach znów zalśniły łzy. Przywitała się ze wszystkimi i wydawało się, że jest zadowolona a potem wyszedł Michael.
Zastygła i z przerażeniem patrzyła jak brat do niej podchodzi. Stanął na przeciw niej i popatrzył na jej twarz.
- Przepraszam. - Powiedział dotykając siniaka. Wzdrygnęła się i odskoczyła z paniką w oczach. Tym razem to Michael zastygł przerażony.
Lore chyba zorientowała się, że jej reakcja była przesadzona bo wyszeptała:
- Przepraszam.
- Lore, to nie twoja wina. - Powiedział zbliżając się do niej powoli. - Ale już dobrze. Tutaj jesteś bezpieczna. Już nic ci nie grozi.
Potem dziewczyna rozpłakała się i wtuliła w brata. On również miał łzy w oczach.
____________________________________
Wiem, krótki, dziwny i mało składny. Przepraszam, ale tylko na tyle mnie dzisiaj stać...
wtorek, 10 września 2013
Rozdział jedenasty.
Lore myślała nad tym jak długo tu jest. Liczyć to na podtawie posiłków? Ile dni przeleżała nieprzytomna? Ile ją trzymali przed pierwszym przesłuchaniem?
W celi człowiek się nudzi, dużo myśli. Ale niektóre myśli trzeba odrzucić. Trzeba to zrobić bo inaczej zwariujesz. Nie wolno pozwolić by się rozprzestrzeniły, żeby zawładnęły umysłem. Wspomnienia, żale, miłości, wszystkie znajomości...
Igor często torturował ją radiem. Było coraz gorzej. Tak jakby Zamaskowani chcieli zmusić Oddział do działań. I może właśnie tak było? Jej oprawca nie dzielił się planami czy filozofią swojej grupy.
Igor. Znowu pojawił się w jej myślach, razem ze łzami bólu, wstydu i upokorzenia. Nie miała już siły go nienawidzić. Chciała się tylko wydostać z piekła...
Usłyszała jak krata celi obok się otwiera. Słyszała jak strażnicy wtaczają więźnia i jak go kopią wychodząc.
Z tego co się dowiedziała z wczorajszej rozmowy był tu od wielu dni. Na imię ma Marco. Jest przenoszony z celi do celi bo boją się, że coś knuje. Lore widziała go przez kraty gdy wlokli ją do Igora. Miał ciemne włosy i był bardzo drobny. Mógłby być w wieku jej ojca.
Ojca... Znowu łzy napłynęły jej do oczy. Nie miała pojęcia czy jej rodzina żyje. Słyszała jak strażnicy rozmawiają o ucieczkach w Oddziale Międzynarodowym, ale czy jej przyjaciele się uratowali? Czy ich ciała zawisły przy budynku Oddziału jako ostrzeżenie?
- Dzisiaj nie było tak źle. - Usłyszała pomruk zza ściany. Nie mogła się nadziwić jakie są cienkie...
- Jeszcze żyjesz. - Odparła.
- Ktoś musi pomóc ci uciec. - Odparł głos. Mówił z bardzo wyraźnym, włoskim akcentem.
- Co tu robisz? - Zapytała wprost.
- Dowodziłem grupą Wyklętych na południu Europy. - Wyjaśnił zmęczonym głosem. - Uznali mnie za więźnia priorytetowego, więc przewieźli tutaj.
Zapadło milczenie. Po długiej chwili znowu się odezwał:
- Widziałem cię dzisiaj jak przechodziłaś obok mojej celi. Wydajesz się taka delilatna... - Zawiesił głos. - Przypominasz mi moją córkę. Tak mogłaby wyglądać gdyby dożyła tylu lat co ty.
Nie wiedziała co odpowiedzieć. Przykro mi brzmiał głupio...
Znowu zapadła cisza.
- Po co cię tu trzymają? - Zapytał w końcu ciękim głosem
- Jestem siostrą Michaela Worpla. - Odparła.
W momencie gdy skończyła mówić rozległ się alarm.
- Może twój brat po ciebie przyszedł. - Powiedział poważnie.
***
- Rusz się Liz bo wojna zdąży się skończyć zanim stąd wyjdziemy. - Mruknął Grun.
- Trzeba było iść jako pierwszy, cymbale. - Prychnęła zirytowana.
- Zamknąć się. - Uciszył ich Jasper. - Wszyscy was usłyszą!
Szli, a właściwie czołgali się w kanałach. Jay znalazł niestrzeżone wyjście ukryte w damskiej toalecie. Miała tam na nich czekać ich "Wtyczka". Jeden z informatorów Michaela.
Już dawno stracili orientację jak długo tkwili w tej ciemności. Humory mieli coraz gorsze, schodziło z nich napięcie związane z ich zadaniem, aż nagle trafili na właz.
Liz ostrożnie go przesunęła i wyjrzała.
- Dobra. Chodźcie. - Powiedziała i wyszła. Za nią Jasper, Robie i Grunnie. Reszta została w domu pana Kobyli.
Tak jak było w planie czekała na nich bardzo wysoka i bardzo krótko ścięta Zamaskowana.
- Przebierzcie się szybko. - Poleciła matowym głosem rzucając im ciuchy. A właściwie szmaty.
- Co to? - Zapytała Liz wkładając powyciąganą koszulkę. - Strasznie cichnie.
- Macie wyglądać na moich więźniów. - Odparła sucho.
Kiedy wszyscy wyglądali odpowiednio nędznie wyszli z toalety. Szli jeden za drugim, Zamaskowana na końcu.
- Prowadzisz ich sama, Agnes? - Rozległ się głos zza ich pleców.
- Tom i John byli ze mną, ale Igor ich wezwał. - Odparła spokojnie Zamaskowana.
- To dziwne... - Powiedział Zamaskowany w zielonej masce. - Właśnie widziałem Toma jak gra w karty z Johnem i Igora, który poszedł odespać sesję z siostrą zdrajcy. - Jego ton był złośliwy.
Agnes zesztywniała a wszystkich sparaliżowało na chwilę ze strachu. Wpadli. To koniec.
- Straaż! - Zawołał facet i rozległ się strzał. Jasper obejrzał się. To Robie miała wyciągnięty pistolet.
- Oszalałaś?! - Pisnęła Agnes gdy Zamaskowany padł na ziemię.
Na korytarz wybiegło pare Zamaskowanych patrząc na nich zaskoczonym wzrokiem.
Potem włączył się alarm.
niedziela, 8 września 2013
Książki. Wsparcie.
Zapraszam do lajkowania i polecania tego oto fanpage:
https://www.facebook.com/ksiazkiwrotamidoinnegoswiata
Dziękuję za uwagę :P
niedziela, 1 września 2013
Rozdział dziesiąty.
- Jak chcesz to potrafisz myśleć. - Mruknął głaszcząc ją po policzku. Przeszedł ją dreszcz. Nie lubiła czuć jego dotyku...
Powstrzymała się od komentarza. Już wiedziała czym to się kończy.
- Cieszę się, że nasze spotkanie czegoś cię nauczyło. - Powiedział ze satysfakcjonującym uśmiechem.
Lore nienawidziła tego uśmiechu jak żadnego innego.
- Nie zależy mi na powolnej śmierci. - Odparła. - A twój plan i tak się nie uda.
- Tak? - Uniósł brwi i uśmiechnął się szerzej. - Myślisz, że jest na tyle niekochającym i bezuczuciowym bratem, żeby pozwolić siostrze umrzeć?
- Tak. - Skłamała. Tak na prawdę była pewna, że jeśli Michael się dowie to przyjdzie po nią nie patrząc na siebie. Sama zrobiłaby to samo...
Tymczasem ręka Igora przesunęła się z policzka na szyję.
- Mimo wszystko spróbuję. - Odparł pokazując wszystkie zęby.
- Nie ma sensu. - Powiedziała choć wiedziała, że na próżno.
- Taka ładna dziewczyna. - Mruczał Zamaskowany głaszcząc jej skórę.
Znowu zadrżała. Serce jej galopowało, bała się. Bała się tego co ten człowiek może zrobić...
***
- Myślę, że się ciebie spodziewają. - Powiedział Jasper do Michaela.
- Bardzo możliwe. - Odparł poważnie. - Ale nie mogę jej zostawić.
- Możesz nam zaufać. - Odparła Liz.
- Sami tam pójdziemy. - Dodał Grun.
- I mam tu siedzieć? - Zapytał z kpiną w głosie. - Ja tu dowodzę i chcę jechać. - Dodał twardo.
- Oni na ciebie czekają! - Jasper podniósł głos. - Myślisz, że dlaczego ją jeszcze trzymają? To przez ciebie tam jest i tylko brak twojej interwencji pomoże! - W jego głosie, w pewnym, jednym, momencie słychać było rozpacz. Ale prawie nikt tego nie usłyszał...
Michael zamyślił się.
- Muszę coś robić. - Odparł w końcu. - Ale ci ufam. - Powiedział wskazując na blondyna.
- Dziękuję. - Odpowiedział już spokojnie.
- To teraz trzeba ustalić... - Zaczął Jay, łysy, zastępca Michaela, Wyklęty i współpracownik.
Pół godziny później Jasper wciągał wiadro ze studni. Podszedł do niego Worple.
- Lore jest dla mnie bardzo ważna. - Powiedział. - Wiem, że dla ciebie też.
- Taa. - Zasapał w odpowiedzi. - To pożądna dziewczyna. Mądra, sprawna, inteligentna i piękna. Dziwisz się?
- Wiem, że ci ciężko. - Jego głos był zamyślony. - Nie widziałem jej tyle czasu... Tęsknię za nią i zrobię wszystko by jej nie stracić. - Zrobił przerwę. - Jeśli coś spaprasz to cię znienawidzę.
- Dzięki za pocieszenie. - Mruknął. Wiadro ważyło tonę. Ruszył w stronę domu.
*
Kolejną godzinę spędzili na obmyślaniu planu. Myśleli o wszystkich możliwościach i konsekwencjach.
Kiedy usiedli do obiadu byli w dobrych nastrojach. Mieli poczucie, że coś robią. Że mają bliżej określony cel.
Chwile potem usłyszeli pukanie w drzwi.
Pan Kobyla poszedł otworzyć. W drzwiach stał Cody. Chłopak, który stał na warcie. Oddychał ciężko i szybko.
- Idą. - Wykrztusił.
Przez ułamek sekundy nikt się nie poruszył. Potem wszyscy zaczęli zbierać swoje rzeczy, krzątać się i chować zastawę. Następnie ruszyli do salonu. Michael przesunął dywan i zdarł warstwe ukrywającą drzwi. Drzwi były koloru tego samego co podłoga i zdradzała je tylko jedna dziurka. Tą dziurką Worple otworzył dużą wnękę. Wszycy weszli i pan Kobyla zamknął ich i zasłonił.
We wnęce było ciasno, ciemno, wilgotno i duszno. Malutkie smużki światła prześwitywały przez szczeliny w podłodze.
Nikt się nie odzwywał. Oddychali jak najciszej. Nikt nie miał odwagi kiwnąć palcem.
Usłyszeli pukanie a potem dźwięk otwieranych drzwi.
- Witam. - Rozległ się spokojny głos gospodarza. - W czym mogę pomóc?
- Kontrola. - Odparł gburowaty głos. - Przesunąć się.
Przez szczeliny widać było zarys mężczyzny. Potupał w różnych miejscach pokoju i przeszedł do kuchni.
- Tyle naczyń w zlewie? - Zapytał.
- Dawno nie zmywałem. - Odparł znużony głos pana Kobyla. - Żona zawsze zmywała...
- Pan się nie wyżala. - Ostrym głosem odparł Zamaskowany.
Zwiedził jeszcze resztę mieszkania i wyszedł nie powiedziawszy żadnego słowa pożegnania.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Jest pan nieocenionym skarbem. - Powiedział Jay kiedy wyszliśmy.
Staruszek machnął tylko ręką i uśmiechnął się życzliwie.
***
Znowu było ciemno. Znowu nie była w stanie się poruszyć.
W celi cuchnęło, było zimno.
Lore leżała na ziemi. Zmarznięta, obolała, głodna. Upokorzona. Upokorzona jak nigdy.
Miała ochotę skończyć z życiem. Ale nie miała jak...
Zaczęła płakać. Cicho i obficie.
- Poradzisz sobie. - Rozległ się cichy głos zza ściany. - Nie płacz. Nie pokazuj im, że się łamiesz.
Lore spojrzała na ścianę jak na ducha.
"Inny więzień..." Westchnęła.
____________________________________
Przepraszam, że tak długo! Po prostu zaczęłam nową szkołę i miałam mały kryzys z weną... Przepraszam jeszcze raz!
Jak się podobają moje wypociny? Proszę o komentarze! :D
piątek, 30 sierpnia 2013
Rozdział dziewiąty.
Szli w milczeniu. Nie mieli odwagi się odezwać, albo chociaż głóśniej tupnąć.
Szli w cięmności i potwornym smrodzie szybkim tepem. Co jakiś czas pokazywał się szczur, albo coś podobnego.
Kiedy zbliżyli się do wyjścia odetchnęli głęboko świeżym powietrzem.
Rozległ się alarm.
- Ruszać się! - Zawołał facet stojący w cieniu jakieś 50 metrów dalej.
Pobiegli do niego mając nadzieję, że to Michael Worple, a ten nie przyglądając im się ruszył w głąb lasu.
Biegli przez długi czas aż dotarłi do jeepa ukrytego w krzakach.
Jasper i Grunnie wzięli przykład z chłopaka i zapakowali się do samochodu.
Kiedy ruszyli odezwał się luźnym tonem:
- Więc jesteście Jasper i Dorian?
Pokiwali twierdząco głowami.
- A ty Michael Worple. - Ni to stwierdził ni to zapytał Grun.
- Mhm. - Potwierdził.
Jasper przyjrzał mu się. Zawsze wyobrażał go sobie jako starszą i męską wersje Lore, tymczasem Michael miał cięmne kręcone włosy i szare oczy. Jedyne co wydawało się ich łączyć to była szczupła sylwetka...
- Czy Lore na prawdę nie żyje? - Zapytał nagle bezbarwnym tonem.
- Nie wiemy. - Odezwał się Jasper smutno. - Była z wyklętymi...
- Cholera. - Zaklął Worple. - Wyklęci zostali pojmani i wczoraj rozstrzelani. Nie było z nimi mojej siostry. - Mamrotał pod nosem. - I Trevora. - Dodał.
- A co z resztą naszych? - Zapytał Grunnie.
- Większość Oddziałowych uciekła, jeżeli o to pytasz. - Odparł. - Wasz oddział przysporzył Ikerowi sporo kłopotu. Stracił dziesięciu ludzi.
- Skąd to wszystko wiesz? - Grunnie wytrzeszczył oczy.
- Zamaskowani nie zdają sobie sprawy z tego ilu szpiegów jest w ich szeregach. - Powiedział z uśmiechem.
Jasper spojrzał przez okno. Jechali szybko. Byli już na szosie.
- Chyba musisz nam opowiedzieć wszystko od początku. - Westchnął i spojrzał na brata swojej przyjaciółki. - Jeszcze nie jestem pewien czy mogę. - Odparł powoli. - Zdecydowałem się was uratować bo moje źródła mówią, że Lore wam ufa. A ja ufam jej w 100%.
- Masz sieć informatorską w Oddziałach i u Zamaskowanych?
W odpowiedzi kiwnął głową.
- Zdradziłem Oddział bo dowiedziałen się o Wyklętych. - Powiedział. - Nie mogłem patrzeć na Cadwallera. Powiedziałem o tym Percy'emu, ale on wolał zostać...
- Ale Percy dowiedział się o Wyklętych tydzień temu. Razem z nami. - Zdziwił się Grunnie.
- Niemożliwe, przecież... - Urwał. - Chyba, że pracował dla Zamaskowanych i też szukał Wyklętych...
- Niemożliwe. - Prychnął Grunnie. - Przecież to Percy Dawlish. To nie jest możliwe.
- Jest, jeśli od początku jest tym kim jest. - Odparł spokojnie Michael. - I ma podstawy do tego by być prawdą. Okłamał was w sprawie Wyklętych i nie było go z nimi... wczoraj.
- Lore też nie było. - Odparł Jasper.
- Ale ona jest moją siostrą. - Powiedział twardo. - A Igor mnie nie nawidzi. Zrobi wszystko by mnie znaleźć.
- Zastanawia mnie jedna rzecz. - Odezwał się Jasper. - Po kiego dołączyłeś do Zamaskowanych?
- Uciekłem z Oddziału, rozeszła się plotka, że jestem zdrajcą. Znaleźli mnie i gdy dowiedzieli się, że znam prawdę powiedzieli: współpraca albo śmierć. - Jego słowa były pozbawione emocji.
Zjechali z głównej drogi.
- Gdzie jedziemy? - Zapytał Grun.
- Do siedziby Ruchu Oporu. - Odparł dumnie Worple.
W zasięgu wzorku pojawiło się zwykłe gospodarstwo domowe.
- Jakim cudem jeszcze was nie znaleźli? - Zdziwił się Jasper. - Tak blisko...
- Jesteśmy w gościnie u ludzi, którzy tu mieszkają. - Powiedział Michael. - Zawsze jak jest kontrola pożądnie się ukrywamy a pan Kobela z żoną udają zwykłe małżeństwo.
Kiedy dojechali, nie zdążyli dobrze wysiąść gdy na Doriana rzuciła się mała osóbka.
- Robi! - Westchnął przytulając ją mocno.
- Co oni tutaj robią? - Zawołał Worple do faceta stojącego w wejściu. Wyglądał na trzydzieści lat, był wysoki, masywny i łysy.
- Uciekali z Oddziału. Mieliśmy zostawić ich na pastwę Zamaskowanych? - Odezwał się niskim głosem.
Jasper rozejrzał się i zobaczył kilka znanych twarzy: siostry Charlie i Liz, Vane, Cyryl, Izzy i jeszcze dwójka, których imion nie pamiętał...
Podszedł do nich i z każdym uściskał się jakby nie widział ich od lat.
"Przynajmniej oni..." Chdziło mu po głowie.
- Wiecie, że nie możecie tu zostać i nic nie robić? - Odezwał się Michael.
- Już im to mówiłem... - Mruknął łysy.
- Ale teraz ja mówię. - Worple dźgnął go w żebra z uśmiechem. Tak na prawdę cieszył się, że jest ich coraz więcej.
- A co masz zamiar zrobić? - Odezwała się Liz.
Chłopak popatrzył na każdego z osobna zamyślony i powiedział:
- Odbić moją siostrę.
***
Kiedy Lore znowu ocknęła się w swojej celi było jasno.
Podniosła się do siadu. Poczuła ból w klatce piersiowej. Ale znacznie mniejszy niż ostatnio.
Podniosła koszulkę i zobaczyła opatrunek.
- Nie chcą, żebyś umarła tylko, żebyś zaczęła mówić. - Odezwał się znany Lorreine głos.
- Przecież mówię. - Odparła wściekłym głosem.
- Obrażanie Igora się nie liczy. - Percy uśmiechnął się mimo woli.
- Czego chcesz? - Zapytała. - Przecież ty wiesz, że mówię prawdę! Ty wiesz, że myślałam, że on nie żyje! - W jej głosie przez chwilę słychać było rozpacz.
- Igor nie wierzy. Poza tym ja nie mam nic do gadania.
Lore wstała ciężko powstrzymując jęk bólu i podeszła do krat.
- Jesteś zwykłym śmieciem, Dawlish. - Powiedziała a jego mina zmieniła się w maskę. - I przysięgam, że zabiję cię choćby było to ostatnie co zrobię w życiu.
- Nie będziesz miała okazji. - Szepnął. - Przyniosłem ci jedzenie. Ale twoje nastawienie do mnie pokazuje, że nie jesteś głodna.
Odszedł.
Lore obejrzała celę w świetle dnia. Nic w niej nie było, żadnego łóżka ani ubikacji...
Chwilę po odejściu Percy'ego strażnicy wyciągneli ją z celi i zaprowadzili do tej samej sali co wczoraj i przywiązali do tego samego krzesła po czym zostawili ją samą.
Sala nie miała okien. Jedynym źródłem była ta brudna żarówka powieszona tuż nad jej głową. Nie rzucała żadnego cienia...
Każda minuta wydawała się wiecznością...
Potem do sali wszedł Igor. Na trzeźwo Lore dostrzegła, że ma siwe,krótkie włosy. Zielona maska była wyraźnie widoczna na białej cerze...
"Maski są wszywane pod skórę. Nie można ich od tak zdjąć, na noc czy do kąpieli." Powiedział jej Trevor. Teraz czas, który spędziła w jaskiniach wydawał jej się tak odległy jak dziecinstwo...
- Dzisiaj wyglądałabyś dużo lepiej gdyby nie to. - Powiedział dotykając jej policzka. Tego, w które wczoraj ją uderzył.
- Chciałabym powiedzieć to samo o tobie, ale nie widzę twojej twarzy. - Odparła uśmiechając się krzywo.
- Czy wczoraj się czegoś nauczyłaś? - Zapytał.
- Na pewno nie tego gdzie jest mój brat. - Odparła. Zamaskowany machnął ręką.
- Dawlish potaierdził twoją wersję. - Powiedział.
- To czemu jeszcze mnie tu trzymacie, żywą? - Zapytała i od razu pojęła. - Bo jestem przynętą... - Wyszeptała.
____________________________________
Po długim czasie, ale jest!
Jak się podoba?