- Jak chcesz to potrafisz myśleć. - Mruknął głaszcząc ją po policzku. Przeszedł ją dreszcz. Nie lubiła czuć jego dotyku...
Powstrzymała się od komentarza. Już wiedziała czym to się kończy.
- Cieszę się, że nasze spotkanie czegoś cię nauczyło. - Powiedział ze satysfakcjonującym uśmiechem.
Lore nienawidziła tego uśmiechu jak żadnego innego.
- Nie zależy mi na powolnej śmierci. - Odparła. - A twój plan i tak się nie uda.
- Tak? - Uniósł brwi i uśmiechnął się szerzej. - Myślisz, że jest na tyle niekochającym i bezuczuciowym bratem, żeby pozwolić siostrze umrzeć?
- Tak. - Skłamała. Tak na prawdę była pewna, że jeśli Michael się dowie to przyjdzie po nią nie patrząc na siebie. Sama zrobiłaby to samo...
Tymczasem ręka Igora przesunęła się z policzka na szyję.
- Mimo wszystko spróbuję. - Odparł pokazując wszystkie zęby.
- Nie ma sensu. - Powiedziała choć wiedziała, że na próżno.
- Taka ładna dziewczyna. - Mruczał Zamaskowany głaszcząc jej skórę.
Znowu zadrżała. Serce jej galopowało, bała się. Bała się tego co ten człowiek może zrobić...
***
- Myślę, że się ciebie spodziewają. - Powiedział Jasper do Michaela.
- Bardzo możliwe. - Odparł poważnie. - Ale nie mogę jej zostawić.
- Możesz nam zaufać. - Odparła Liz.
- Sami tam pójdziemy. - Dodał Grun.
- I mam tu siedzieć? - Zapytał z kpiną w głosie. - Ja tu dowodzę i chcę jechać. - Dodał twardo.
- Oni na ciebie czekają! - Jasper podniósł głos. - Myślisz, że dlaczego ją jeszcze trzymają? To przez ciebie tam jest i tylko brak twojej interwencji pomoże! - W jego głosie, w pewnym, jednym, momencie słychać było rozpacz. Ale prawie nikt tego nie usłyszał...
Michael zamyślił się.
- Muszę coś robić. - Odparł w końcu. - Ale ci ufam. - Powiedział wskazując na blondyna.
- Dziękuję. - Odpowiedział już spokojnie.
- To teraz trzeba ustalić... - Zaczął Jay, łysy, zastępca Michaela, Wyklęty i współpracownik.
Pół godziny później Jasper wciągał wiadro ze studni. Podszedł do niego Worple.
- Lore jest dla mnie bardzo ważna. - Powiedział. - Wiem, że dla ciebie też.
- Taa. - Zasapał w odpowiedzi. - To pożądna dziewczyna. Mądra, sprawna, inteligentna i piękna. Dziwisz się?
- Wiem, że ci ciężko. - Jego głos był zamyślony. - Nie widziałem jej tyle czasu... Tęsknię za nią i zrobię wszystko by jej nie stracić. - Zrobił przerwę. - Jeśli coś spaprasz to cię znienawidzę.
- Dzięki za pocieszenie. - Mruknął. Wiadro ważyło tonę. Ruszył w stronę domu.
*
Kolejną godzinę spędzili na obmyślaniu planu. Myśleli o wszystkich możliwościach i konsekwencjach.
Kiedy usiedli do obiadu byli w dobrych nastrojach. Mieli poczucie, że coś robią. Że mają bliżej określony cel.
Chwile potem usłyszeli pukanie w drzwi.
Pan Kobyla poszedł otworzyć. W drzwiach stał Cody. Chłopak, który stał na warcie. Oddychał ciężko i szybko.
- Idą. - Wykrztusił.
Przez ułamek sekundy nikt się nie poruszył. Potem wszyscy zaczęli zbierać swoje rzeczy, krzątać się i chować zastawę. Następnie ruszyli do salonu. Michael przesunął dywan i zdarł warstwe ukrywającą drzwi. Drzwi były koloru tego samego co podłoga i zdradzała je tylko jedna dziurka. Tą dziurką Worple otworzył dużą wnękę. Wszycy weszli i pan Kobyla zamknął ich i zasłonił.
We wnęce było ciasno, ciemno, wilgotno i duszno. Malutkie smużki światła prześwitywały przez szczeliny w podłodze.
Nikt się nie odzwywał. Oddychali jak najciszej. Nikt nie miał odwagi kiwnąć palcem.
Usłyszeli pukanie a potem dźwięk otwieranych drzwi.
- Witam. - Rozległ się spokojny głos gospodarza. - W czym mogę pomóc?
- Kontrola. - Odparł gburowaty głos. - Przesunąć się.
Przez szczeliny widać było zarys mężczyzny. Potupał w różnych miejscach pokoju i przeszedł do kuchni.
- Tyle naczyń w zlewie? - Zapytał.
- Dawno nie zmywałem. - Odparł znużony głos pana Kobyla. - Żona zawsze zmywała...
- Pan się nie wyżala. - Ostrym głosem odparł Zamaskowany.
Zwiedził jeszcze resztę mieszkania i wyszedł nie powiedziawszy żadnego słowa pożegnania.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Jest pan nieocenionym skarbem. - Powiedział Jay kiedy wyszliśmy.
Staruszek machnął tylko ręką i uśmiechnął się życzliwie.
***
Znowu było ciemno. Znowu nie była w stanie się poruszyć.
W celi cuchnęło, było zimno.
Lore leżała na ziemi. Zmarznięta, obolała, głodna. Upokorzona. Upokorzona jak nigdy.
Miała ochotę skończyć z życiem. Ale nie miała jak...
Zaczęła płakać. Cicho i obficie.
- Poradzisz sobie. - Rozległ się cichy głos zza ściany. - Nie płacz. Nie pokazuj im, że się łamiesz.
Lore spojrzała na ścianę jak na ducha.
"Inny więzień..." Westchnęła.
____________________________________
Przepraszam, że tak długo! Po prostu zaczęłam nową szkołę i miałam mały kryzys z weną... Przepraszam jeszcze raz!
Jak się podobają moje wypociny? Proszę o komentarze! :D