piątek, 20 grudnia 2013

Wesołych Świąt!

- Jestem już stary. - Mówił staruszek do chłopca. - Za mojego panowania odeszło wiele wielkich osób. Nelson Mandela, Paul Walker, Cory Monteith... Ale życie dostało wiele postaci, których czas dopiero nadejdzie, takich jak Royal Baby. Zdarzyło się wiele tragedii, na które nie miałem wpływu, np. Maraton w Bostonie. Mam nadzieję, że za mojego panowania nie brakowało też szczęśliwych chwil.
Zamilkł na chwilę.
- Myślę, że mimo wszystko to był dobry rok. - Powiedział w końcu. - Wielu ludzi przeżyło wspaniałe momenty swojego życia. A święta... - Zamyślił się. - Święta są piękne co roku. Ale w moim były magiczne. Pełne miłości, radości, zaufania i ciepła. Każdy powinien zadbać by takie były.
Znowu zamilkł, zatopił się we własnych myślach gładząc długą, siwą brodę. Potem, jakby nagle, przypomniał o chłopcu.
- Czeka cię ciężkie zadanie. - Powiedział kiwając pouczająco palcem wskazującym. - Musisz pamiętać, że każdy potrzebuje radości i smutku, ciepła i zimna, świąt i pracy. Pamiętaj o tym a będziesz wspaniałym Nowym Rokiem.
- Dobrze, Stary Roku. - Odpowiedział chłopiec i w tym momencie za oknem rozległo się odliczanie zebranego tłumu.
Staruszek uśmiechnął się, a gdy tłum doliczył do zera i w niebo wystrzeliły kolorowe ognie, zamknął oczy i zasnął.
Dziecko wstało i podeszło do okna.
- Będzie dobrze. - Powiedziało.

***

Tą krótką historyją chciałam życzyć wam wesołych, pogodnych i ciepłych świąt Bożego Narodzenia, szczęśliwego i szalonego Nowego Roku i spełnienia marzeń i planów w roku 2014. :*

Nowego rozdziału nie będzie już w tym roku ponieważ wyjeżdżam :c
Ale głowa do góry i tak pewnie będziecie mieć dużo roboty :D

Jeszcze raz wszystkiego co najlepsze :*

Paulina

czwartek, 19 grudnia 2013

Rozdział siedemnasty.

Cyryl szedł przez las prowadząc Robie za rękę. Dziewczyna była nieobecna myślami, ale przynajmniej oczy już miała suche.
Chłopak niedawno trzymał ją pocieszająco w ramionach, gdy płakała po stracie Gruna.
"Niech to szlag." Myślał. "Lubiłem go." Ciężko mu to przechodziło nawet przez myśli. Sam ledwo powstrzymywał łzy. "Opanuj się, chłopie." Ganiał się w myslach. "Jesteś twardy i bezduszny. Nie okazujesz słabości."
Odrzucił te, zbędne, myśli i skupił się na zadaniu. Musiał trafić nad rzekę. Był pewny, że to tam będzie zbiórka. Miał tylko nadzieję, że zdąży zanim tamci odejdą.
Nagle poczuł jak coś ciągnie go w dół. Odwrócił się i zobaczył, że to Robie upadła.
- Hej, - Powiedział kucając obok niej. - już niedaleko. Zaraz dojdziemy do...
- Do czego? - Przerwała mu agresywnie. - Do ciągłej wojny, nienawiści i mordu! Mam tego dość! On na to nie zasługiwał... - Głos się jej załamał i znowu zaczęła płakać.
Cyryl stłumił głębokie westchnienie.
"To będzie długa podróż." Pomyślał.
- Tu jesteście! - Usłyszał głos w oddali. Rozejrzał się i zobaczył Liz i Charlie idące w ich kierunku. - Tak myślałyśmy, że to głos Robie.
- To super. - Stwierdził Cyryl. - Też idziecie nad rzekę?
Liz kiwnęła głową i zapytała:
- Co z tobą Maggie?
*
- Jak myślisz co zrobimy jak znajdziemy resztę? - Zapytała Lore.
- Podejrzewam, że pojedziemy do Polski. - Odparł zamyślony. - Tu nie mamy już co robić.
- Polacy są na prawdę tacy ważni?
- Wydaje mi się, że tak. - Ciągnął. - Są najliczniejsi i mają idealną idległość od głównej siedziby Zamaskowanych. A do tego mają historyczne doświadczenie.
- Skąd ty tyle wiesz? - Zapytała zaintrygowana.
- Siedzę w tym dłużej niż ty. - Odparł poważnie.
Wtedy usłyszeli szum rzeki. Lore uśmiechnęła się do siebie.
- Teraz pytanie czy idziemy w dół czy w górę rzeki. - Zamyślił się Jasper.
- W górę. - Zdecydowała Lore i ruszyła pewnie przed siebie.
- Czemu akurat w górę? - Zapytał zdziwiony.
- Bo tak mi mówi intuicja. - Zaśmiała się.
Chłopak stał przez chwilę w miejscu, zaskoczony nagłą pewnością dziewczyny. Potem uśmiechnął się pod nosem i za nią ruszył.
*
- Ktoś idzie. - Powiedział Jay.
Zaniepokojony Michael sięgnął po broń i już zamierzał wycelować gdzy zobaczył swoją siostrę.
- Lorreine! - Westchnął z ulgą. - Tak się bałem... - Uścisnął ją mocno.
- Co za miła odmiana. - Wydusiła z jęki bólu.
- Hej - Wtrącił Jasper odciągając Mika od Lore. - ona ma złamane żebro.
- Nie wiedziałem, przepraszam. - Zreflektował się od razu.
Dziewczyna uśmiechnęła się słabo masując delikatnie bok.
- Gdzie reszta? - Zapytała.
- Tutaj! - Rozległ się głos Liz. Podeszła do nich trzymając Robie za rękę. Maggie miała czerwone oczy, zapuchniete od płaczu.
Lore poczuła jak coś ściska ją w piersi i nie było to uszkodzone żebro.
Zaraz za nimi pojawiła się Charlie i Cyryl.
- To wszyscy? - Zapytał Jay.
Cyryl pokiwał ponuro głową.
- Izzy i Grun nie mieli tyle szczęścia. - Powiedział martwym głosem.
- Biedny pan Kobyla.. - Westchnęła Charlie.
Zapadła ponura cisza. Każdy zatopił się we własnych myślach.
Jasper zauważył, że po policzku Lore spływa łza.
Chwycił ją za rękę w geście pocieszenia. Spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Dobra. - Powiedział Michael, który widział tę scenę i trochę go to obudziło. - Wszystko co mamy kładziemy tutaj - pokazał miejsce na ziemi. - Odświeżamy się i opracowujemy plan.
*
Tak jak zarządził, tak się stało. Wszyscy bez protestów przyjeli jego przewodnictwo.
Michael był do tego przyzwyczajony. Zazwyczaj traktowano go z szacunkiem bo samo jego nazwisko mówiło o tym, że jest ważny w tym konflikcie.
Spojrzał na siostrę, która właśnie myła twarz w rzece u boki Liz.
To dla niej to wszystko robił. Dla niej wstąpił do wojska, robił wszystko co w jego mocy by jej nie zawieśc. Była jego jedyną rodziną od śmierci matki. Ojciec stał się wtedy innym człowiekiem i Mike poczuł troskę o Lore. To właśnie wtedy uświadomił sobie jak to jest być ojcem dziecka.
Przeniósł wzrok na Jaspera. Widział co było między nim a Lore i poczuł żal, że nie jest już taką ważną częścią jej życia. Ale zdawał sobie sprawę, że trzy lata bycia dla niej trupem muszą mieć konsekwencje.
Po jakimś czasie siedzieli na ziemi wokół zebranych przedmiotów.
Trzy pistolety, dwa magazynki, cztery sztylety, maść na skutki ognia Zamaskowanych i scyzoryk.
- Nie za dobrze. - Mruknął łysy Wyklęty.
- Byliśmy już w gorszym położeniu. - Odparł Michael. - Trzeba to jakoś podzielić. Poszukać trzeciego punktu i się stąd wynosić.
- Co to trzeci punkt? - Zapytała Liz.
- W lesie są poukrywane samochody przygotowane na nagłą ucieczkę. - Odpowiedział Mike. - Punkt trzeci jest najbliżej.
- A co potem? - Zapytał Jasper.
Jay i Michael spojrzeli po sobie.
- Do Polski. - Powiedział po chwili Worple.
*
Bez problemu i w ciszy odnaleźli samochód.
Jay wyciągnął plecak z jedzeniem w puszkach. Rozdał wszystkim i usiadł za kierownicą.
Wszyscy wsiedli. Prawie wszyscy.
Robie stanęła przed samochodem i powiedziała:
- Ja nie jadę.
- Robie... - Zaczęła Liz, ale dziewczyna jej przerwała.
- Nie obchodzi mnie co sobie o mnie pomyślicie, ale nie jadę. - Jej głos był pełen rozpaczy i bólu. - Mam tego dość. Odchodzę. Nie dam rady dłużej w tym uczestniczyć.
- Dobrze. - Powiedziała Lore. - Ale daj nam sie chociaż podrzucić do jakiegoś miasta. Nie chcesz tu chyba zostać sama na noc.
Dziewczyna spojrzała na nią szukając podstępu, ale w końcu pokiwała głową a Jay ruszył

***

Są czytający, więc jest rozdział! :)

Nie jeat on może jakiś superdynamiczny, ale musiał taki być :c

Zapraszam do dalszego śledzenia tej historii :)

wtorek, 17 grudnia 2013

Aktywny blog

Jeżeli ktoś jest zainteresowany moją twórczością to zapraszam na mój aktywny blog:
odmiennosc-to-my.blogspot.com

Pozdrawiam :)

niedziela, 6 października 2013

Zawieszenie

Jako iż ostatnio nie mam super wielkiej, cudownej weny i że nie ma tu żadnych komentarzy co jest dla mnie znakiem, że nie piszę sobie do nikogo
Zawieszam opowiadanie na czas nieokreślony...

sobota, 28 września 2013

Info.

Jako iż czasem zachowuję się jak typowa blondynka:

ZWERYFIKOWAŁAM USTAWIENIA KOMENTOWANIA I TERAZ JEST TO MOŻLIWE DLA WSZYSTKICH, WŁĄCZNIE Z ANONIMAMI, BEZ WERYFIKACJI OBRAZKA

Więc może mała lista obecności? Kto czyta niech da znać! Bardzo ładnie proszę ;D

czwartek, 26 września 2013

Rozdział szesnasty.

Jasper ledwo się ruszał. Ledwo dociągnął Lore do tej jamy. Ledwo oddychał. Ledwo sobie radził ze łzami cisnącymi się do oczu.
Natarł dziwnym specyfikiem Zamaskowanych swoje poparzenia. Starał się nie myśleć o ledwo minionych wydarzeniach. O płonącym domu pana Kobyli, o znikającej w płomnieniach Izzy i o jej krzyku.
W jego pamięci błysnął obraz Lore wjeżdżającej na pole strzelaniny Jeepem. Uratowała mu życie.
Plan był taki, że miała po nich podjechać samochodem i zabrać ich, osłaniając dobrze przystosowanym samochodem.
Nie wypaliło... Okazało się, że Zamaskowani dotarli za blisko drzwi.
Nic nie poszło po ich myśli. Musieli wycofać się do domu bo inaczej by ich rozstrzelano...
Łzy pociekły mu po policzkach gdy w głowie pojawił mu się obraz Grunniego padającego na ziemię...
- Jasper? - Usłyszał szept i zauważył, że Lore ma otawrte oczy i wpatruje się w niego uważnie.
Szybko otarł łzy wierzchem dłoni.
- Dobrze, że się obudziłaś. - Powiedział cicho. - Martwiłem się, że to coś powarznego. Uderzyłaś się w głowę a do tego te poparzenia...
Przerwał bo dziewczyna podniosła się i go przytuliła.
- Dziękuję. - Powiedziała łamiącym się głosem.
Nie odpowiedział tylko przytulił ją mocniej. Jęknęła.
"Głupi." Pomyślał. "Zapomniałem o oparzeniach."
Podał jej maść.
- Wyciągnąłem to z kieszeni Zamaskowanego jak uciekaliśmy. Na opażenia po tym ich ogniu.
Wzięła pudełeczko bez słowa. Nie spojrzała na niego.
Zaczęła się smarować i w jamie zapadła cisza, którą w końcu przerwała:
- Co z resztą?
Zawachał się nad odpowiedzią, ale wyrzucił z siebie jednym tchem:
- Michael i Jay uciekli, widziałem jak biegną przez las. Cyryl pobiegł gdzieś w stronę sadu z Robie. Reszta wpadła.
- A Dorian? - Zapytała ledwo słyszalnie.
- Widziałem tylko jak dostał. - Odpowiedział tak samo głośno.
Znowu zapadła cisza, którą przerwał szloch Lore.
Kucnął przy niej.
- Posłuchaj mnie. - Powiedział. - Wiem, że jest ciężko, ale musimy znaleźć Michaela i Jay'a.
Pokiwała głową i przygryzła wargi.
- Najpierw muszę się dowiedzieć czy nie kręci ci się w głowie, nie jest niedobrze, ani nic w stylu wstrząśnienia. - Dodał.
Spojrzała na niego zdziwiona jakby niemożliwym było przejmować się jej stanem gdy Grunnie nie żyje.
Wiedziała, że nie żyje. Patrzyła jak leży na ziemi z dziurą w głowie.
Potrząsnęła głową by odpędzić wizje.
- Wszystko gra. - Powiedziała na głos. - Ale myślę, że powinniśmy odpocząć zanim pójdziemy ich szukać. Bez urazy, ale wyglądasz jak trup.
- Dzięki. - Odparł sucho, ale zgodził się z nią. - Tylko jest jeden problem w postaci wody.
- Na północ od domu pana Kobyli płynęła rzeka. - Przypomniała sobie.
- Taa. - Mruknął. - Tyle, że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy.
***
- Rusz się! - Warknął Michael na Jay'a.
- Staram się, pieprzony niewdzięczniku! - Odpowiedział zaczepnie, patrząc na kolegę ze złością. - Nie wyrzywaj się na mnie! Nie moja wina, że wszyscy pouciekali we wszystkie strony.
Szli już od godziny unikając Zamaskowanych. Zmierzali ku rzece, mieli nadzieję, że wszyscy prędzej czy później do niej dotrą.
- Nie wyrzywam się. - Odparł już spokojniej Worple, widząc, że przyjaciel jest na skraju furii. - Tylko się martwię.
- Wiem. -Westchnął Jay uśmiechnął się.
Dotarli do wody.

niedziela, 22 września 2013

Rozdział piętnasty.

Siedzieli w ciszy do czasu aż Michael zakończył rozmowę.
- Dzwonił Kosecki. - Powiedział.
Kosecki był takim Polskim Michaelem; dowódzcą ruchu oporu w środkowej Europie.
- Powiedział, że narobiliśmy zamieszania, które w sumie nie przyniosło żadnych zysków ani strat. - Zamilkł na chwilę. Zastanawiał się jak przekazać in widomość. - Iker złapał trop polskiego ruchu oporu.
Jay wciągnął gwałtownie powietrze.
- Osobiście pojechał nadzorować śledztwo. - Kontynuował Worple. - Nie wiem czy wiecie, ale polacy są głównym trybem w tym wszystkim co robimy. Jeśli ich stracimy to koniec.
- Chcą żebyśmy tam pojechali? - Przerwała mu Liz.
Powoli pokiwał głową.
- Właśnie o tym chcę z wami porozmawiać.
- Jedziemy. - Powiedział natychmiast Grunnie.
- To nie takie proste - Zaczął Jay, ale przerwał mu Jasper:
- Michael, jak chronicie połączenia telefoniczne przed podsłuchaniem?
Mike spojrzał na niego zaskoczony.
- Mamy własne,ukryte linie, a co?
- Na czym polegał trop, który znalazł Iker? - Dopytywał Jasper.
- Nie wiadomo dokładnie. Nie mają aż tylu informacji. - Odpowiedział sucho. - Ale o co chodzi?
Blondyn podrapał się po głowie.
- Chodzi o to, że jeśli to waszą linię odkrył Iker, to jesteśmy martwi. - Powiedział powoli. Worple zrobił wielkie oczy.
- To nie jest potwierdzone. - Powiedział Cyryl.
- Ale jest prawdopodobieństwo, że możliwe. - Wtrąciła Charlie.
- Zbieramy się. - Zarządził Jay.
- Ale nie ma powod... - Zaczęła Izzy, ale przerwała jej syrena.
Michael zaklął pod nosem.
- Zabrać co najważniejsze i ruszać się! - Wrzasnął przekrzykując coraz głośniejszy sygnał.
Lore ruszyła biegiem na górę i pomogła Liz zapakować wszystkie papiery leżące na łóżku. Już miały schodzić gdy usłyszały przed domem strzał. Syrena umilkła.
- Wyjdźcie z uniesionymi rękami. - Rozległ się głos z megafonu. - Ale to już!
Lore dyskretnie podeszła do okna i aż syknęła gdy zobaczyła kto trzyma megafon.
- Co jest? - Spytała zaniepokojona Liz.
- Igor. - Odpowiedziała. Wyszły z pokoju na schodach wpadły na Jaspera, Grunniego i Robie.
- Do kuchni. - Zarządził ten pierwszy. Kiedy tam weszli był tam tylko Mike, Jay i Cyryl.
- Gdzie reszta? - Zapytała Liz.
- Gdzieś w domu. - Odparł nerwowo Worple.
- Co robimy? - Zapytał Jay.
- Na pewno się nie damy. - Powiedział Jasper.
Lore pokiwała głową.
- Gdzie jest reszta?! - Nerwowo zawołałJay. Trzęsły mu się ręce.
- Jestemy. - Powiedziała Charlie wchodząc z Izzy i resztą do małego pomieszczenia.
- Pomysły? - Zapytał Vane.
- Po pierwsze musimy się dostać do samochodów. - Powiedział Michael.
- Czyli trzeba odwrócić ich uwagę. - Dodał Grunnie.
- Nawet o tym nie myśl. - Mruknęła Robie.
- Nie zaczynaj znowu. - Odparł zdenerwowany.
- Wychodzić, albo przypuścimy atak! - Rozległ się głos z dworu.
- Pieprzcie się. - Odburknął Cyryl.
- Czyli plan jest taki... - Zaczął Jasper.
Gdyby Lore miała czas myśleć byłaby pod wrażeniem tego jak blondyn myśli w nerwowych sytuacjach. Ale ona w  takich sytuacjach po prostu słuchała rozkazów. Teraz też miała taki zamiar. Wiedziałaby, że za nich wskoczyłaby w ogień.
Każdy ruszył w wyznaczoną stronę kiedy usłyszeli trzask rozbitych szyb.
Jednocześnie do domu wleciało kilka kul ognia. Drewniane podłogi,  stare zasłony i meble od razu się zajęły.
- O cholera. - Mruknęła Lore. Z kuchni rozległ się krzyk. Chyba Izzy. Dzieeczyna już odwróciła się by pomóc koleżance gdy przypomniała sobie, że dostała zadanie. Jeśli go nie wykona wszyscy zginą.
Zawróciła do pokoju pana Kobyli w myślach dziękując opatrzności za to, że nie ma go w domu.
Wpadła do pokoju jak burza i zanurkowała pod łóżko. Wyciągnęła karabin i ruszyła do tylnego wyjścia. Zerknęła przez szybkę. Tak jak się spodziewali stała tam grupka Zamaskowanych.
Lore wzięła głęboki wdech i zakrztusiła się dymem. Płonęła już większa część domu.
Szybko znalazła drzwiczki dla psa i wystawiła karabin. Zaczęła strzelać. "Dzięki Bogu są tłumiki." Pomyślała pozbawiła czucia w nogach wszystkich strażników.
Wyszła i z zimną precyzją pozbawiła ich życia.
Szybko ruszyła do garażu, na wyrzuty sumienia przyjdzie czas później. Rozwaliła kłódkę i wsiadła do pierwszego z brzegu samochodu. Słyszała odgłosy strzelaniny z przed domu.
Przeładowała broń, odpaliła samochód i obejrzała się na dom. Ledwo się trzymał, cały w płomnieniach.
Ruszyła. Teraz przed nią najtrudniejsza część zadania.
____________________________________
Na początek przepraszam, że tak długo... Niestety w szkole mam dużo roboty i staram się utrzymać życie towarzyskie :P
Postanowiłam, że rozdział będę udostępniać co niedzielę choćby się paliło :)

Baaardzo ładnie proszę o komentarze bo zaczynam tracić wiarę w to, że ktoś to czyta... :c